viagra onlineviagraviagra storiesviagra light switchviagra mexicoviagra vs cialis priceviagra professionalviagra resultsviagra pfizerviagra last longerviagra nitroglycerinviagra premature ejaculationviagra tipsviagra expiration dateviagra zoloft interactionviagra headquartersviagra alternativeviagra in womenviagra triangleviagra without edviagra heart attackviagra or cialisviagra 25mg side effectsviagra off patentviagra vs levitra vs cialisviagra manufacturerviagra questionnaireviagra super activeviagra expirationviagra questions and answersviagra usage tipsviagra kaiser permanenteviagra use in womenviagra dangersviagra gumviagra timeviagra contraindicationsviagra to last longerviagra for pulmonary hypertensionviagra kullanimiviagra jokesviagra online prescriptionviagra videoviagra jet lagviagra headacheviagra songviagra makes a romantic relationshipviagra online canadaviagra use in young menviagra voucherviagra red faceviagra patent expirationviagra and foodviagra costviagra knock offsviagra next day deliveryviagra empty stomachviagra theme songviagra zonder voorschriftviagra zoloftviagra with dapoxetineviagra erectionviagra quadriplegicsviagra and alcoholviagra vs. birth controlviagra naturalviagra going genericviagra triangle restaurantsviagra gold 800mg reviewsviagra dosageviagra young menviagra nitric oxideviagra with alcoholviagra vs genericviagra juicingviagra side effects alcoholviagra fallsviagra commercial songviagra joke labelsviagra definitionviagra effectsviagra jetviagra under tongueviagra los angelesviagra high blood pressureviagra commercialviagra pillsviagra kenyaviagra and nitratesviagra lawsuitviagra kidsviagra prescriptionviagra adviagra vs cialisviagra overnightviagra soft tabsviagra buy onlineviagra generic onlineviagra joint painviagra young adultsviagra 100mg priceviagra how does it workviagra kick in timeviagra and cialis togetherviagra best priceviagra yahooviagra vasodilatorviagra release dateviagra like drugsviagra jingleviagra retail priceviagra in canadaviagra forumviagra cialisviagra movieviagra instructionsviagra maximum doseviagra original useviagra shelf lifeviagra ukviagra doesn't workviagra useviagra genericviagra over the counterviagra versus cialisviagra generic dateviagra super forceviagra lastviagra and blood pressureviagra low blood pressure

O wypukłościach, wykluczeniu i kasie

luty 6th, 2012

Najpierw deklaracja. Nie żyję z bogatych kobiet, do czego aspiruje coraz liczniejsze grono usługodawców. Nie ośmieliłabym się podpowiadać nikomu, jak ma żyć, co jeść, jak wychowywać dzieci, ani jak powinien wyglądać. Jestem z generacji, gdy tego typu sugestie uchodziły za, delikatnie mówiąc, nietaktowne, podobnie jak żarty z nazwiska. Dlatego też nie ośmielę się doradzać pani Marcie Grycan, by listę firmowych wypieków wzbogaciła o gryczanki, ciastka mojego dzieciństwa – z mąki gryczanej i miodu, które sepleniące maluchy nazywały, nomen omen, grycankami. Natomiast ośmielam się zasugerować, aby na fali zainteresowania modą XXL stworzyła fundusz wsparcia (fundację, stowarzyszenie?) dla młodych artystów-krawców ubierających także kobiety krągłe. Zasługi dla polskiej mody pewne, godne pomnika na solidnym postumencie, nie mówiąc o trwałej wdzięczności reprezentantek jednej trzeciej populacji.

Dlaczego unikam nazwy projektant, zastępując ją krawcem-artystą? Bo projektant to wytwór i dziedzictwo przemysłu mody, kiedy to unifikujący klientelę projekt stał się ważniejszy od człowieka, posiadacza unikalnego ciała. W tym miejscu zaczęło się wykluczenie kobiet krągłych. Aby przywrócić je modzie, a im modę, trzeba odtworzyć sposób pracy dawnego krawca-artysty. I tu jest miejsce niemal na ruch społeczny…

Duże rozmiary z żurnali, wybiegów i salonów wyparło krawiectwo przemysłowe, ściślej terror ekonomii, wyróżniającej płaskie kroje, a więc także płaskie wsady. Przedtem tacy mistrzowie jak Worth, Poiret, a nawet jeszcze wczesna Chanel, a potem Dior chętnie ubierali kobiety hojnie wyposażone, także przez naturę, bo robili to za wyższe stawki – więcej tkaniny, pracy, większa powierzchnia do dekorowania, a to w każdej epoce sprzyja kreatywności. Dziś cena płaszcza XS i XXL jest identyczna, co w praktyce skazuje duże rozmiary na nieistnienie. Uzależnienie ceny ręcznika od powierzchni traktujemy jak oczywistość, ale w przypadku sukienki już niekoniecznie. Jeśli nie będzie zgody na to, że zwiększona powierzchnia doznań musi oznaczać wyższą cenę za ubranie, to o modzie XXL będziemy częściej dyskutować niż ją oglądać i nosić. A gdy już to uznamy, na pewno zwiększy się liczba zwolenników hasła Wdzięk nie ma obwodów (moje, ale już sprzedane).
Współczesne posiadaczki zwiększonej powierzchni doznań mają pecha, bo rozminęły się, nie tylko z wymogami ekonomii, ale także z kanonem estetycznym epoki. Cytując Wisławę Szymborską można teraz udowodnić wszystko, więc polecam na tę okoliczność wiersz „Kobiety Rubensa”. Fragment o chudzinach w sposób niedościgły potwierdza słuszność zdania o dziejowych pechach.
(…)Wygnanki stylu. Żebra przeliczone,
ptasia natura stóp i dłoni.
Na sterczących łopatkach próbują ulecieć.
Trzynasty wiek dałby im złote tło.
Dwudziesty – dałby ekran srebrny.
Ten siedemnasty nic dla płaskich nie ma.
Albowiem nawet niebo jest wypukłe,
wypukli aniołowie i wypukły bóg (…)
O godność wypukłości tu i teraz warto zawalczyć, odwracając pecha odpowiednim wsparciem. Ponieważ nie mam nadziei, że moja sugestia stworzenia funduszu wsparcia mody XXL dotrze do adresatki, pozostaje opcja: większe ubranie, wyższa cena.

Salonowe XXL, czyli tango ślepych w świecie lukru

styczeń 30th, 2012

O tym, że pieniądze bywają intelektem głupców, wiem od dawna. Niedawno jednak dowiedziałam się, że mogą być elegancją, szykiem, smukłością i zapachem kobiety, nawet noszącej rozmiar XXL, nawet dla tych, którzy uważają, że stwórca powinien poprzestać na Adamie. Że bredzę? Otóż nie – oddaję klimat uzasadnienia jury, które włączyło znaną cukierniczkę, Martę Grycan do grona najlepiej ubranych Polek.

Werdykt jak werdykt, może nawet uzasadniony społecznie. Może ułatwi walkę z anoreksją, może zmieni profil wczasów odchudzających na „zaokrąglające”, może uzmysłowi projektantom, że kobiety słusznej postury też mają apetyt na modę? Zaskakująco pokrętne i nieporadne jest jednak uzasadnienie wyboru, które mimochodem potwierdza lekceważąco-pobłażliwą postawę ludzi mody nie tylko wobec Marty Grycan, ale wszystkich kobiet krągłych. Na pytanie, co jurorów urzekło w wybrance, słyszymy m.in, że …ładnie pachnie i prawdopodobnie ma dobrze nawilżone ciało albo dukania o odwadze obnoszenia na salonach dużej pupy i wydatnego biustu. Są to wypowiedzi godne masażystów, a nie specjalistów od ubierania. W dodatku jednoznacznie sugerujące, że w przypadku innych, mniej salonowych kobiet noszących ubrania od 44 w górę, nadwaga to rezultat totalnego zaniedbania, niewiedzy o dietach, mydle i dezodorancie.
A przecież wystarczyłoby powiedzieć: krągłość jest takim samym wyzwaniem dla mody jak szczupłość, w obu przypadkach chodzi o to, aby z relacji ciało-ubranie powstała harmonijna, estetyczna, stylowa kompozycja. I nie ma znaczenia, ile miejsca zajmuje. W przypadku kobiety krągłej jest to zadanie trudniejsze. Sylwetka XXL, zagospodarowując więcej przestrzeni, jest bardziej widoczna, silniej iskrzy erotycznie, więc ubrania korzystne dla niej to te, które stawiają na umiar, dyscyplinę i dyskrecję. Także w epatowaniu atrybutami kobiecości. Tylko tyle i aż tyle, bo szafa może być jedno-, dwu- i trzydrzwiowa, ważne by była stylowa.

Już starożytni ustalili, że pieniądze nie śmierdzą, ale jak widać czasem pachną aż do odurzenia. Okazały się niezbędne, aby zauważyć, że modne salony bez kobiet słusznej postury (jak dawniej powiadano, z naciskiem na słuszność, czyli normę) są zbyt kanciaste, jakieś niekompletne, niepełne, wręcz pozbawione słodyczy i …zapachu kobiety. Tango ślepych w świecie lukru?

Gra w kolory, czyli znaki czasu

styczeń 23rd, 2012

W czasach, gdy przesadnie aktywnie doradzałam i kobietom, i mężczyznom, jak mają się ubierać, na długo przedtem nim posegregowano nas na kolorystyczne cztery pory roku, bawiłam się także w psychologa kolorów. Przypomniały mi o tym znalezione wśród szpargałów pożółkłe kartki maszynopisu z nagłówkiem „Kolory o nas”, wciąż przełożone wyblakłą kalką.

Najpierw pomyślałam no, nieźle, dziś nabijasz się z ignorantów-bajerantów a sama trzydzieści lat temu…Rozbawiona znaleziskiem, z nostalgią popatrzyłam na muzealny egzemplarz maszyny, przed laty prowokujący kolegów do uwag typu pisała, tyrała, ale w końcu dorobiła się Mercedesa. I choć bliscy zapewniają, że moja pamięć pozostaje w korzystnej relacji z metryką, nie byłam w stanie stwierdzić, czemu służyły te kolorystyczne dywagacje. Konspekt do artykułu, lekcji w tzw. szkole wdzięku, notatki do książki,
ściąga na radiowy dyżur? – bij, zabij nie pamiętam. Zaczęłam czytać i już wiem, te zabawne rozważania mają związek z ważnymi wyborami.

O bieli. Symbolizuje wyciszenie, oddalenie, pragnienie spokoju, także chęć ucieczki od „brudu codzienności”. Często chęć wyrzeczenia
się dóbr doczesnych dla wiecznego szczęścia, dlatego od wieków jest wybierana na kolor organizacyjny różnych ruchów religijnych.
Jest również barwą strojów roboczych wszędzie tam, gdzie wymagana jest sterylna czystość, bo skłaniając do czystości duchowej,
wymusza schludność jak najbardziej cielesną. W modzie, w scenerii miasta symbolizuje luksus, sugerując posiadanie służby.
Jest nazywana kolorem bogaczy oraz zmorą pralni i dozorców, gdy spada nagle śniegiem…

O zieleni. Kolor nadziei, natury, zdrowia. Niezliczone odcienie symbolizują bogactwo i różnorodność – życia i losu.
Jasne, wiosenne kojarzone są z radością, młodością i rozdokazywaniem – patrz: gra w zielone. Ciemny to spokój, dojrzałość, stabilizacja…

Kilka lat temu zmęczona szarością miasta o każdej porze roku, pewnie z zakodowanej kiedyś tęsknoty do terapii bielą i zielenią (kłania się „język znaków” Paulo Coelho) zamieszkałam na uroczysku, prawie w Puszczy Słupeckiej z nadzieją, że będę się pławić na przemian to zieleni, to w bieli lasów, pól i łąk. I pławię się, jeśli trawy a potem śnieg przykrywają wielki śmietnik, w jaki obrzeża lasu zmienili mieszkańcy zwykle białych (kolor luksusu) wilii wciśniętych w sterylne, soczyście zielone o każdej porze roku ogrody.

To też znak czasu.

Nie płacz, kiedy odjadą, czyli Trinny i Susannah negliżują

styczeń 16th, 2012

Nie mogę liczyć na poprawę losu. Nie zostanę błyskawicznie uszczęśliwiona. Przyjaciółka nie powie, że wyglądam jak milion dolarów. Mąż z zaskoczenia nie zadeklaruje, że właśnie przejrzał na oczy i znowu zobaczył we mnie dziewczynę. Córki i wnuczki nie będą ocierać łez wzruszenia… Wszystko to mogłoby się zdarzyć, gdybym została zakwalifikowana do programu „Trinny i Susannah ubierają Polskę”. Tu warto podkreślić, że Trinny i Susannah ubierają Polskę nie po to, żeby była Polską, ale dlatego, jak zapewniają, by przeistaczać kobiety zwyczajne w niezwykłe, nieszczęśliwe w szczęśliwe, mamuśki w demony seksu, powsinogi w damy, itd.

Cóż, nie wysyłając prośby o metamorfozę, nie dałam sobie szansy na wizerunek seksowna babcia z fajnym tyłkiem i niezłymi cyckami. W tym miejscu, po zacytowaniu określeń, nadużywanych przez obie stylistki, proszę koleżanki o powstrzymanie się od szemrania, że w moim przypadku byłoby to wyzwanie szokująco ambitne. Przecież w programie, podczas licznych przymiarek człowieka do ubrania i odwrotnie, cały czas słyszymy, że prawdziwie satysfakcjonujące są zadania najtrudniejsze. A że oglądalności każdego spektaklu sprzyjają zaskoczenia, ulubioną zabawą stylistek jest przerabianie trampa na wampa, zamiana wieloryba w szprotkę, czołgu w breloczek itd. Bywa, że są to działania zaprzeczające psychice, fizyczności oraz codzienności bohaterek metamorfoz, które słusznie i prawdziwie, bo spontanicznie, często recenzują swój nowy wizerunek okrzykiem ale SZOK! Są zszokowane na tak nową fryzurą, wyrazistym makijażem, sylwetką „na bezdechu” wyciśniętą bielizną oraz stylizacją „wieczorowo już od rana”, najchętniej wybieraną przez stylistki podczas ubierania Polski, chociaż założę się, że Polska częściej pracuje niż baluje. Charakter stylizacji jest przemyślany – ma przede wszystkim uatrakcyjniać program, a nie jego uczestników.
Uatrakcyjniać zaś można przez upiększenie, ale też przez ośmieszenie – gdy zaciera się granicę między zabawnie a śmiesznie.

Stylizacje na wampa służą oglądalności spektaklu, reżyserowanego przez genialne oferentki marzeń i cóż, samo życie – lokowanym produktom. Błysk i seks, efekt i cel większości strojów, gorzej przystają do indywidualnych sylwetek i typowych, codziennych sytuacji, czerwień dywanów i sceneria też jest atrakcyjniejsza od tła biurowej wykładziny.

Przerobienie SZOKU ze spektaklu telewizyjnego w program SZYK na życie jest zadaniem nie na jeden dzień, ale na miesiące, lata, na całe życie. O tym, jak to się robi, napisano wiele poradników. Jednak, jak widać, nie każda lektura jest obowiązkowa. Rady typu dobry fryzjer, właściwe kosmetyki, odpowiednia bielizna, szafa zgodna ze stylem życia traktujemy jak banały, prawdy zbyt oczywiste, by wierząc w nie, praktykować codziennie.
Może więc terapia SZOK na nie, jaką często aplikuje program, ma jednak sens? Przecież, wbrew tytułowi programu, Trinny i Susannah nie ubierają ani krajów, ani kontynentów, ale bezlitośnie negliżują lenistwo ich mieszkańców. A przy okazji przekonują, że warto codziennie więcej wymagać od siebie siebie, aby nie płakać na wspomnienie odświętnej niezwykłości, kiedy one odjadą.


Projektant mody. Pasja czy profesja?

maj 5th, 2010

Nauczyciele starej daty mają coraz więcej powodów do zdziwienia, gdy zaczynają się rozmowy o wyborze zawodu. Średnio co piąty uczeń deklaruje chęć zostania projektantem mody. Jeszcze kilka lat temu ubieranie innych było przede wszystkim marzeniem dziewcząt. Teraz konkurują z nimi chłopcy. Jeden z nich, zapytany przez doradcę zawodowego, skąd taki pomysł, odpowiedział moda to moja pasja, a w ogóle to lepiej robić w twórczości niż wytwórczości. Przyciśnięty do muru, nie umiał wskazać różnicy między showbiznesem a showroomem, jednak oba pojęcia kojarzyły mu się z rozrywką, a więc miło.

Przekonanie o tym, iż projektant to zajęcie lekkie, łatwe i przyjemne, utrwalają przekazy medialne, chętnie obsadzające uznanych kreatorów w rolach celebrytów, udzielających wywiadów w scenerii czerwonych dywanów i białych kanap. Oglądając migawki z pokazów, słuchając minoderyjnych opowieści o pasji ubierania lalek od niemowlęctwa, łatwo uwierzyć w to, że życie projektanta mody to rewie, bankiety i szum pawich piór. Co prawda, od czasu do czasu dociera do nas informacja, że jakiś mistrz „koloru i kroju” trafił na odwyk, przedawkował lub popełnił samobójstwo na tydzień przed pokazem, ale kandydaci na kreatorów za mało jeszcze wiedzą, by wiązać to ze stresem, z ucieczką przed presją zadziwiania świata co sezon.

Jeśli młody człowiek pragnie zostać kreatorem, to ani nauczyciel, ani rodzic nie ośmieli się być hamulcowym jego marzeń. Zwłaszcza że, aby zostać studentem jednej z licznych szkół sprzedającej marzenia i utwierdzającej słuchaczy w przekonaniu, iż do tworzenia mody wystarcza pasja, nie trzeba mieć talentu. Trzeba natomiast mieć pieniądze na czesne. I tak, co roku na rynek pracy trafia kilkuset pasjonatów, choć niekoniecznie zawodowców. Na stronach internetowych sami siebie kreują na kreatorów, stylistów i artystów. Pół biedy, jeśli ograniczą się do wymyślania artystycznych wizytówek. Gorzej, gdy najdzie ich chęć realizowania się w zawodzie projektanta w firmie odzieżowej. Z opowieści o tym, co przeżywają pracownicy wzorcowni, realizujący pomysły kreatora po przyspieszonej „akademii stylizacji”, można by stworzyć scenariusz serialu. I nie byłaby to komedia. Jednak winą za wzajemne rozczarowania − bo projektanci też mają swoje opowieści i anegdoty o właścicielach firm − nie można obarczać młodych ludzi. Raczej powszechny brak wiedzy o tym, czym jest zawód projektanta. Zwłaszcza przy obecnym systemie tworzenia mody, gdzie łatwiej jest zostać, z dyplomem artysty w ręku, zaopatrzeniowcem odzieżowej sieci niż następcą Diora.

Ci, którzy żyją z pomysłów na ubieranie innych, twierdzą, że jest to jedno z najbardziej fascynujących zajęć. Pod paroma warunkami. Pierwszym jest talent, czyli zbiór cech, emocji, reakcji, których nie można się nauczyć jak tabliczki mnożenia. Bycie artystą to sposób interpretowania rzeczywistości, który można doskonalić, ale którego nie da się zaaplikować, ani wszyć w świadomość. Kolejny warunek to pewien rodzaj bezczelności, wyzbycie się poczucia obciachu, przy jednoczesnej umiejętności akwizycji własnego talentu.

Pierwsze słowa, jakie słyszy kandydat na projektanta w firmie, podejmując rozmowę o pracy, to pytanie o pomysł na hit, przy milczeniu o umowie i stałym wynagrodzeniu. Tu kryje się tajemnica, dlaczego łatwiej do profesjonalizmu dochodzą pasjonaci mający zamożnych rodziców. Ale przecież i rodzina może w końcu stracić cierpliwość, nie mówiąc o zasobach. Niestety, większość programów tych szkół, które reklamują się jako kuźnie talentów, nie uczy zarabiania na własnych pomysłach. Choć utwierdza uczniów w przekonaniu, że kreatywność jest najważniejsza i tak uświęcona pasją, że niemal nie wypada mówić o pieniądzach. Jednak powinno się przynajmniej wspomnieć o konieczności dzielenia się pieniędzmi z innymi, z tymi którzy potrafią przerobić rysunek na konstrukcje ubrania. Albo – podkreślić obowiązek poznania samemu zasad konstrukcji. Dlatego dopóki w szkołach kształcących projektantów mody nie będzie zajęć z zarządzania własnym talentem, także – ćwiczeń z inżynierii mody, dopóty zawód „projektant mody” będzie kojarzony bardziej z pasją niż z profesją.

Hanna Gajos

Młody projektant mody – źródło przy wyboistej ścieżce

marzec 31st, 2010

Zbliża się kolejna edycja FashionPhilosophy Fashion Week Poland – imprezy promującej polską kulturę – projektantów, modę i miasto Łódź, jako kandydata do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Wydarzenie, które w maju zintegruje środowisko ludzi mody wokół wspólnych spraw, jest również impulsem do rozważań o znaczeniu mody, potencjale rodzimego przemysłu mody i przyszłości polskich projektantów – kilkaset osób rocznie przygotowuje kolekcje dyplomowe, a potem…no właśnie, co potem? Ilu z nich będzie nas ubierać „z nazwiskiem”, ilu anonimowo, kto ma szanse na sukces, a kto jest skazany na frustrację i zmianę zawodu? Z prośbą o ocenę sytuacji młodego polskiego projektanta mody zwróciła się do mnie redakcja ELLE przygotowująca z okazji Fashion Week Poland specjalny dodatek. Jest to temat na książkę, ale „od ręki” można pokusić się o jej konspekt. Spróbuję.

Projektant mody to jedno z najciekawszych, najbardziej fascynujących zajęć, bo nie tylko zakłada upiększanie świata, ale łączy w sobie wiele opozycyjnych umiejętności – artysta, krawiec, księgowy, handlowiec, detektyw… a to dopiero początek listy. Jednocześnie projektant mody to jedno z zajęć najtrudniejszych, bo niełatwo pogodzić wrażliwość estety z solennością księgowego i przebojowością akwizytora. W tym przypadku – akwizytora własnego talentu.

Młodzi ludzie aspirujący do zawodu „projektant mody”, pytani o powody takiego wyboru, często mówią: mam potrzebę wyrażenia siebie, zapominając o tym, że aby odnieść sukces trzeba raczej odpowiadać na oczekiwania innych i wyrażać potrzeby innych. Niestety, zbyt rzadko przypominają im o tym szkoły kształcące projektantów, które, akcentując w nazwach i programach, że moda to sztuka, zapominają, że moda to także, a właściwie przede wszystkim – biznes. A jeśli sztuka, to bardzo użytkowa, z krótkimi terminami ważności, co z kolei wymaga umiejętności śledczego rynku oraz interpretatora trendów społecznych i znawcy ekonomicznych. To oczekiwania bardzo duże wobec jednego młodego indywidualisty, który marzy przede wszystkim o premierze swojej kolekcji na wybiegu i sam w sobie tłumi pytanie co dalej?, bo szczera odpowiedź mogłaby zaboleć.

Szkoła projektowania mody ani nie nauczy talentu, ani go nie zgasi, ale posiadacza talentu może i powinna nauczyć pracy z zespołem – koniecznej do realizacji wizji artystycznej. Wyposażyć go w umiejętności praktyczno-techniczne, także – w narzędzia oceny własnych możliwości. Nauczyciele zawodu „projektant mody” przy każdej realizacji „na zaliczenie” powinni nieustannie, aż do znudzenia pytać o adresatów artystycznej wizji twórcy, bo odpowiedzi na pytania kim jesteś, kogo chcesz ubrać, gdzie to sprzedasz? są kluczowe przy wyborze ścieżki zawodowej kariery.

Zadaniem najtrudniejszym, ale i najbardziej ambitnym, jest dla młodego projektanta budowanie własnej marki, bo wymaga nie tylko niebywałej odporności na stres – co nie zawsze idzie w parze z wrażliwością, nie tylko połączenia cech artysty, księgowego i akwizytora, ale także – mocnego zaplecza finansowego dla realizacji kolejnych etapów biznesplanu. Dlatego łatwiejsze – i jak uczą kariery największych projektantów „dobrze rokujące” – jest na starcie podjęcie współpracy z mocną marką, z mającym dobre notowania lokalnym domem mody. Zwłaszcza, że kryzys wymusił na właścicielach marek poszukiwanie nowych źródeł kreatywności i indywidualizmu. A czy może być lepsze źródło kreatywności niż talent i determinacja odpowiedzialnie wykształconego, spragnionego sukcesu projektanta?

Hanna Gajos

Czarownice porywają babcie

marzec 17th, 2010

Sądzę, że obchodzony uroczyście Dzień Babci ma charakter zaklęcia i zachęty, żeby jednak parę babć ocalić. Na pamiątkę. Jako przykład i wzorzec, gdyby jednak ktoś nadal chciał wiedzieć, jak powinna wyglądać prawdziwa babcia. Może warto zachować ją w pełnym rynsztunku „babciostwa” – ze sztuką gotowania pomidorowej jak nikt na świecie, opowiadaniem bajek z wyłącznie szczęśliwymi zakończeniami, rysowaniem kota jednym pociągnięciem kredki? No i ze zmarszczkami, stałym powodem rozterek – dodają twarzy charakteru czy rozpaczy? Na pewno charakteru, który trzeba mieć, aby nie rozpaczać widząc, co czas wyprawia z człowiekiem.

Franciszek Starowieyski, piewca różnych form dojrzałości, zapewniał, że każda zmarszczka to zapis uniesienia. Przekonywał, że pogrupowane w różnych fragmentach twarzy „odkreślają” każdy orgazm, są jak kronika miłosnych spełnień. Gdy to mówił, wiele babć pobiegło do lustra z oburzeniem – no nie, jednak byłabym bardziej pomarszczona! Dzisiaj biegną do chirurgów, by się „odmarszczyć”, podciągnąć i naciągnąć, mając do wyboru długą listę technik i technologii odmładzania. Czy zdzierając z twarzy ślady przeszłości, walczą o szansę na nowe zapisy? Kto niby miałby stawiać te „kreski” na babcinym ciele? Rówieśnicy córek i synów? O nadzieję na taki efekt rewitalizacji podejrzewają swoje partnerki dziadkowie, speszeni wizerunkiem partnerki powracającej z kliniki młodości „z dzieckiem na twarzy”, bo z resztą ciała, przez kontrast, jednak jakby starszą. Synowie dyskretnie milczą, a córki nie ośmielają się powiedzieć, że gładko może też znaczyć żałośnie, bo obawiają się posądzenia o zazdrość. Tylko wnuki bywają boleśnie szczere, szokując otoczenie reakcjami typu „król jest nagi”. Takiej szczerości i spontaniczności doświadczyła babcia rezolutnej trzylatki, którą opiekowała się od chwili narodzin. Pani lokuje się standardowej dla babć grupie pięćdziesięciolatek, jest zgrabna i sprawna ponad wiekową normę, a poczuciem humoru może konkurować z nastolatkami. Jednak uległa zachęcie, by konkurować z nimi także gładkością twarzy. Otoczenie powstrzymywało się od komentarzy, ale wnuczka uciekła z krzykiem – Ty nie jesteś moją babcią! Czarownica porwała naszą babcię! Potrzeba było kilku tygodni, by dziecko uwierzyło, że babci nie porwano, nie zamieniono, a jedynie trochę zaczarowano. Odczarowywanie trwa, ale wnuczka nabrała nieufności nie tylko do baśniowych zaklęć, ale także do ustalonej przez naturę i kulturę rodzinnej hierarchii. Babcia rozważa więc opcję chirurgicznego postarzenia, a dziadek zbiera podpisy pod petycją, aby chronić „kroniki miłosnych uniesień” przed zakusami czarownic.

Hanna Gajos

Damy i pozory

styczeń 4th, 2010

Uniwersalne zalecenia, takie do zastosowania zawsze i wszędzie, nazwano w moim domu „prawdami z warzywniaka”. O prawdzie pierwszej, która zapoczątkowała długą, ciągle uzupełnianą listę, przypomniała mi sprawa Krzysztofa Piesiewicza (celowo nie piszę „senatora”, ponieważ uważam, że sprawa ma się nijak do jego polityczno-społecznych funkcji).

Nasz dom sąsiadował z podwórkiem, gdzie mieścił się warzywniak, sklepik arcyciekawy dla dzieci. Mając niespełna pięć lat, byłam świadkiem fascynującej sceny. Właścicielka warzywniaka ciskała w zapamiętaniu dorodnymi pomidorami w trzydziestoletniego syna (co zostało ustalone później), krzycząc – a mówiłam ci Niuniuś, nie wpuszczaj kurwy do domu, bo się w burdelu obudzisz! (powtarzam w pełnym brzmieniu, nie zważając na szok, bo arbiter szyku, pani Jadwiga Grabowska twierdziła, że nawet wulgaryzm można przytoczyć, jeśli jest cytatem). Rzuty były nad wyraz celne, Niuniuś wyglądał na pokonanego, a ja przyniosłam do domu wyliczankę znacznie ciekawszą niż entliczek-pentliczek, czy ta o babie, co siedzi na cmentarzu i trzyma nogi w kałamarzu.

Gdy powtórzyłam wyliczankę kilka razy, rodzina jeszcze nie reagowała, ale kiedy zaczęłam ją nucić lalkom, mama nie wytrzymała. Powiedziała, że jest to przestroga z bajki o niegrzecznej dziewczynce, której nie zaprasza się do domu, bo strasznie bałagani i potem trzeba długo sprzątać. Kto powtarza to zdanie jak zaklęcie, zaprasza bałaganiarę do domu, więc…? Nie lubiłam sprzątać i wyliczanka-kołysanka poszła w zapomnienie.

Rok później, jako sześciolatka ze stosownymi referencjami – grzeczna, z dobrego domu, itp., wylądowałam w wymarzonej, wywalczonej przez rodziców (przyjmowano tylko siedmiolatków) szkole i już pierwszego dnia wzięłam się „za warkocze” z koleżanką z ławki. Ja zniszczyłam jej kokardy, ona mnie zeszyty, albo odwrotnie. Po lekcjach wychowawczyni zaprosiła nas do pokoju nauczycielskiego i tu, w obecności katechety zaproponowała, abyśmy się przeprosiły, a może zaprzyjaźniły, odrabiając wspólnie lekcje, na przykład u mnie w domu. I wtedy wypaliłam – co to, to nie! Nie wpuszczaj kurwy do domu, bo się w burdelu obudzisz!

Nie muszę tłumaczyć, co się działo, ale „prawdę z warzywniaka” zapamiętałam na zawsze nie tylko ja, ale cała moja rodzina, wszyscy nauczyciele, uczniowie i ich rodzice. Może interpretowana stosownie do sytuacji uchroniła wielu moich rówieśników przed bałaganem w dorosłym życiu?

Jednak pewnie nie wszyscy mali chłopcy poznają życie „od podwórka i warzywniaka”, więc potem duzi chłopcy bywają nie dość czujni, gdy przyjdzie im odróżnić damę od jej imitacji.

Winna uśpieniu tej czujności jest także moda ostatnich lat. Przekomarzanie się dobrego smaku z kiczem, a wulgarności z finezją to program tych marek, które wprost i bez ogródek postawiły na zmysłowość. W wielu kolekcjach erotyka wygrywa z elegancją, a wyuzdanie z flirtem. Furorę robi moda dla „niegrzecznych dziewczynek”, a latem widać, w jakim stopniu buduar zawładnął trotuarem. Modelki w magazynach – adresowanych do dam! – przybierają pozy dziewczyn pracujących na ulicy…

A potem się dziwimy, że dorosły człowiek ma problem z oceną, kogo do domu wpuszcza.

Hanna Gajos

Piękny hydraulik, czyli związki urody z wodą

grudzień 16th, 2009

Wśród wielu rodzinnych anegdot mamy i taką: moja czteroletnia córka jeszcze w szatni przedszkola zapowiada, że ma wielką tajemnicę, poczym wyjawia ją tuż za progiem − „mamo, ta Kasia niczego, niczego nie rozumie, ona mówi, że JEJ tata jest najpiękniejszy na świecie, a przecież ona już widziała NASZEGO!”.

Choć dziewczynki szybko dorastają, to jednak większość nie wyrasta z przekonania, że to ICH ojcowie i bracia są wzorcami cnót i urody. Podobnie postrzegani są również narzeczeni i mężowie, choć, niestety, zachwyt dotyczy raczej początków związku.

Tak, czy siak polubiliśmy przekonanie, że NASI CHŁOPCY są śliczni. Zapracowała na nie historia − „ułani, ułani malowane dzieci” itp., a utrwaliła współczesność, gdy to NASZ hydraulik pobił ościennych nie tylko eksportowymi kwalifikacjami, ale także urodą. W tej sytuacji musiała porazić wiadomość, ze kobiety ze Skandynawii postrzegają NASZYCH rodaków jako najbrzydszych na starym kontynencie. Aż kusi, żeby zapytać tak, jak zapewne zapytałaby mała dziewczynka: czyżby one SWOICH nie widziały?

Okazuje się że widziały, porównywały i wypadło na niekorzyść NASZYCH − za stan włosów, zębów, wąsów, butów i tzw. ogólne wrażenie. To ostatnie wydaje się szczególnie krzywdzące, bo przesadnie ogólnikowe.

Sprawa stronniczej, czytaj − krzywdzącej, oceny urody NASZYCH CHŁOPCÓW, najpierw gościła w czołówkach informacyjnych serwisów, a potem była szeroko omawiana na spotkaniach około świątecznych. Piękno uznano za temat bezpieczniejszy niż komisje śledcze, sympatie polityczne i upodobania do niekonwencjonalnych strojów „po domu”. Jednak do czasu.

Na jednym ze spotkań „zawodowców od mody” po stronie Dunek, Szwedek i Norweżek! stanęła, słynąca z celnych spostrzeżeń i opinii, właścicielka salonu mody męskiej. Zapytała uczestniczki − babskiego w przewadze − spotkania, czy wiedzą, jak pod koniec dnia pachnie przymierzalnia w jej salonie? Nie wiedziałyśmy. Nie było też chętnych, aby skorzystać z zaproszenia i przekonać się osobiście, o jakież to „ogólne wrażenie” mogło chodzić. Natomiast rozmowa natychmiast zwekslowała na takie tematy, jak – podkreślany przez uwiedzione panie zapach świeżości oraz nieskazitelna biel koszuli, a także zębów, najskuteczniejszego uwodziciela naszych dni, czyli agenta Tomka.

Rozmarzyłyśmy się nostalgicznie, gdy jedna z uczestniczek spotkania, zresztą historyk obyczajów, przypomniała, że dawniej w wojsku wpajano NASZYM CHŁOPCOM często brutalnie, że „najlepsze pachnidło, to woda i mydło”. Natomiast znana socjolog dodała, że jest oczywistą oczywistością, że nie powinnyśmy zapominać o tym, iż współczesne oblicze męskości jest kształtowane wymaganiami kobiet, więc… Więc, akcentując oczywiste związki urody z wodą, przypominam „ku pokrzepieniu serc”, że piękny hydraulik, to jednak NASZ CHŁOPIEC.

Hanna Gajos

Wyjący anioł, czyli kaszana

grudzień 7th, 2009

Przez kilka dni polowanie na moment osadzenia Romana Polańskiego w areszcie domowym zyskało w mediach konkurencyjną informację, też z podłożem erotycznym. Joanna Krupa, nasza rodaczka mieszkająca w Ameryce, która dotychczas zasłynęła tym, że rozbiera się we własnym imieniu, tym razem zrobiła to w imieniu cierpiących zwierząt. Rzecz w tym, że rozebrała się nie dość konsekwentnie. Na zdjęciach, firmowanych przez amerykańską organizację przyjaciół zwierząt, piękna trzydziestolatka występuje „odziana” jedynie w aureolę, skrzydła, krzyż i apel, żebyśmy zostali aniołami. Nie jest to trudne – przekonuje napis przesłaniający uda modelki. Wystarczy, że potrzebę posiadania psa zrealizujemy nie w sklepie, ale w schronisku dla bezdomnych zwierząt. Na fotografii z krzyżem, bo jest także wersja z różańcem, Joanna Krupa kroczy po głowach sfory szczeniaków, mając za tylnią golizną wnętrze świątyni. Autorzy kampanii przeciw bezdomności psów nazywają to zdjęcie „przekazem emocji”. Każdy, kto był raz w przytułku dla zwierząt, wie, że dominującym przekazem jest tam pisk, skomlenie i wycie. A jednak szansa, aby modelka tak wyraziście przemawiająca w imieniu psiarni, przeszła do historii jako „Wyjący anioł”, została bezpowrotnie zaprzepaszczona. Wykorzystując zainteresowanie mediów kontrowersyjnym obrazkiem, Joanna Krupa przemówiła. Tym razem własnym językiem. Z frazesów o konieczności promowania dobra, o walce z cierpieniem i przytulności „naszych miluśkich przyjaciół” wyłoniła się myśl główna: nic tak nie służy reklamie jak skandal i nic nie wzbudza takich emocji jak „obraza boska”. Upojona zainteresowaniem mediów, współczesna konkurentka Świętego Franciszka z Asyżu straciła czujność i dała się sprowokować do rozważań o metodach komunikacji społecznej. I tu Pan Bóg okazał się i rychliwy, i sprawiedliwy, dokonując kolejnego negliżu, tym razem negliżu intencji. Okazało się, że w tej kampanii, podobnie jak na obrazku, sprawa zwierząt to dalszy plan, na pierwszym lokuje się interes modelki. Krzyż, najlepiej rozpoznawalny znak firmy tak silnej jak Kościół, został tu wykorzystany dla wzmocnienia marki „ciało Krupy”. Marki wchodzącej nieuchronnie w fazę dojrzałości, co może grozić utratą rozpoznawalności.

Już wiadomo, że skandalizująca kampania zwierzętom nie pomoże, ale krzyżowi też nie jest w stanie zaszkodzić. Więc, czy warto było zasilać księgę przysłów refleksją „tam gdzie są krupy, będzie i kaszana”, albo prowokować do twórczej przeróbki przysłowia „i w Paryżu nie zrobią z krupy ryżu”?

Hanna Gajos