Projektant mody. Pasja czy profesja?

maj 5th, 2010

Nauczyciele starej daty mają coraz więcej powodów do zdziwienia, gdy zaczynają się rozmowy o wyborze zawodu. Średnio co piąty uczeń deklaruje chęć zostania projektantem mody. Jeszcze kilka lat temu ubieranie innych było przede wszystkim marzeniem dziewcząt. Teraz konkurują z nimi chłopcy. Jeden z nich, zapytany przez doradcę zawodowego, skąd taki pomysł, odpowiedział moda to moja pasja, a w ogóle to lepiej robić w twórczości niż wytwórczości. Przyciśnięty do muru, nie umiał wskazać różnicy między showbiznesem a showroomem, jednak oba pojęcia kojarzyły mu się z rozrywką, a więc miło.

Przekonanie o tym, iż projektant to zajęcie lekkie, łatwe i przyjemne, utrwalają przekazy medialne, chętnie obsadzające uznanych kreatorów w rolach celebrytów, udzielających wywiadów w scenerii czerwonych dywanów i białych kanap. Oglądając migawki z pokazów, słuchając minoderyjnych opowieści o pasji ubierania lalek od niemowlęctwa, łatwo uwierzyć w to, że życie projektanta mody to rewie, bankiety i szum pawich piór. Co prawda, od czasu do czasu dociera do nas informacja, że jakiś mistrz „koloru i kroju” trafił na odwyk, przedawkował lub popełnił samobójstwo na tydzień przed pokazem, ale kandydaci na kreatorów za mało jeszcze wiedzą, by wiązać to ze stresem, z ucieczką przed presją zadziwiania świata co sezon.

Jeśli młody człowiek pragnie zostać kreatorem, to ani nauczyciel, ani rodzic nie ośmieli się być hamulcowym jego marzeń. Zwłaszcza że, aby zostać studentem jednej z licznych szkół sprzedającej marzenia i utwierdzającej słuchaczy w przekonaniu, iż do tworzenia mody wystarcza pasja, nie trzeba mieć talentu. Trzeba natomiast mieć pieniądze na czesne. I tak, co roku na rynek pracy trafia kilkuset pasjonatów, choć niekoniecznie zawodowców. Na stronach internetowych sami siebie kreują na kreatorów, stylistów i artystów. Pół biedy, jeśli ograniczą się do wymyślania artystycznych wizytówek. Gorzej, gdy najdzie ich chęć realizowania się w zawodzie projektanta w firmie odzieżowej. Z opowieści o tym, co przeżywają pracownicy wzorcowni, realizujący pomysły kreatora po przyspieszonej „akademii stylizacji”, można by stworzyć scenariusz serialu. I nie byłaby to komedia. Jednak winą za wzajemne rozczarowania − bo projektanci też mają swoje opowieści i anegdoty o właścicielach firm − nie można obarczać młodych ludzi. Raczej powszechny brak wiedzy o tym, czym jest zawód projektanta. Zwłaszcza przy obecnym systemie tworzenia mody, gdzie łatwiej jest zostać, z dyplomem artysty w ręku, zaopatrzeniowcem odzieżowej sieci niż następcą Diora.

Ci, którzy żyją z pomysłów na ubieranie innych, twierdzą, że jest to jedno z najbardziej fascynujących zajęć. Pod paroma warunkami. Pierwszym jest talent, czyli zbiór cech, emocji, reakcji, których nie można się nauczyć jak tabliczki mnożenia. Bycie artystą to sposób interpretowania rzeczywistości, który można doskonalić, ale którego nie da się zaaplikować, ani wszyć w świadomość. Kolejny warunek to pewien rodzaj bezczelności, wyzbycie się poczucia obciachu, przy jednoczesnej umiejętności akwizycji własnego talentu.

Pierwsze słowa, jakie słyszy kandydat na projektanta w firmie, podejmując rozmowę o pracy, to pytanie o pomysł na hit, przy milczeniu o umowie i stałym wynagrodzeniu. Tu kryje się tajemnica, dlaczego łatwiej do profesjonalizmu dochodzą pasjonaci mający zamożnych rodziców. Ale przecież i rodzina może w końcu stracić cierpliwość, nie mówiąc o zasobach. Niestety, większość programów tych szkół, które reklamują się jako kuźnie talentów, nie uczy zarabiania na własnych pomysłach. Choć utwierdza uczniów w przekonaniu, że kreatywność jest najważniejsza i tak uświęcona pasją, że niemal nie wypada mówić o pieniądzach. Jednak powinno się przynajmniej wspomnieć o konieczności dzielenia się pieniędzmi z innymi, z tymi którzy potrafią przerobić rysunek na konstrukcje ubrania. Albo – podkreślić obowiązek poznania samemu zasad konstrukcji. Dlatego dopóki w szkołach kształcących projektantów mody nie będzie zajęć z zarządzania własnym talentem, także – ćwiczeń z inżynierii mody, dopóty zawód „projektant mody” będzie kojarzony bardziej z pasją niż z profesją.

Hanna Gajos

Młody projektant mody – źródło przy wyboistej ścieżce

marzec 31st, 2010

Zbliża się kolejna edycja FashionPhilosophy Fashion Week Poland – imprezy promującej polską kulturę – projektantów, modę i miasto Łódź, jako kandydata do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Wydarzenie, które w maju zintegruje środowisko ludzi mody wokół wspólnych spraw, jest również impulsem do rozważań o znaczeniu mody, potencjale rodzimego przemysłu mody i przyszłości polskich projektantów – kilkaset osób rocznie przygotowuje kolekcje dyplomowe, a potem…no właśnie, co potem? Ilu z nich będzie nas ubierać „z nazwiskiem”, ilu anonimowo, kto ma szanse na sukces, a kto jest skazany na frustrację i zmianę zawodu? Z prośbą o ocenę sytuacji młodego polskiego projektanta mody zwróciła się do mnie redakcja ELLE przygotowująca z okazji Fashion Week Poland specjalny dodatek. Jest to temat na książkę, ale „od ręki” można pokusić się o jej konspekt. Spróbuję.

Projektant mody to jedno z najciekawszych, najbardziej fascynujących zajęć, bo nie tylko zakłada upiększanie świata, ale łączy w sobie wiele opozycyjnych umiejętności – artysta, krawiec, księgowy, handlowiec, detektyw… a to dopiero początek listy. Jednocześnie projektant mody to jedno z zajęć najtrudniejszych, bo niełatwo pogodzić wrażliwość estety z solennością księgowego i przebojowością akwizytora. W tym przypadku – akwizytora własnego talentu.

Młodzi ludzie aspirujący do zawodu „projektant mody”, pytani o powody takiego wyboru, często mówią: mam potrzebę wyrażenia siebie, zapominając o tym, że aby odnieść sukces trzeba raczej odpowiadać na oczekiwania innych i wyrażać potrzeby innych. Niestety, zbyt rzadko przypominają im o tym szkoły kształcące projektantów, które, akcentując w nazwach i programach, że moda to sztuka, zapominają, że moda to także, a właściwie przede wszystkim – biznes. A jeśli sztuka, to bardzo użytkowa, z krótkimi terminami ważności, co z kolei wymaga umiejętności śledczego rynku oraz interpretatora trendów społecznych i znawcy ekonomicznych. To oczekiwania bardzo duże wobec jednego młodego indywidualisty, który marzy przede wszystkim o premierze swojej kolekcji na wybiegu i sam w sobie tłumi pytanie co dalej?, bo szczera odpowiedź mogłaby zaboleć.

Szkoła projektowania mody ani nie nauczy talentu, ani go nie zgasi, ale posiadacza talentu może i powinna nauczyć pracy z zespołem – koniecznej do realizacji wizji artystycznej. Wyposażyć go w umiejętności praktyczno-techniczne, także – w narzędzia oceny własnych możliwości. Nauczyciele zawodu „projektant mody” przy każdej realizacji „na zaliczenie” powinni nieustannie, aż do znudzenia pytać o adresatów artystycznej wizji twórcy, bo odpowiedzi na pytania kim jesteś, kogo chcesz ubrać, gdzie to sprzedasz? są kluczowe przy wyborze ścieżki zawodowej kariery.

Zadaniem najtrudniejszym, ale i najbardziej ambitnym, jest dla młodego projektanta budowanie własnej marki, bo wymaga nie tylko niebywałej odporności na stres – co nie zawsze idzie w parze z wrażliwością, nie tylko połączenia cech artysty, księgowego i akwizytora, ale także – mocnego zaplecza finansowego dla realizacji kolejnych etapów biznesplanu. Dlatego łatwiejsze – i jak uczą kariery największych projektantów „dobrze rokujące” – jest na starcie podjęcie współpracy z mocną marką, z mającym dobre notowania lokalnym domem mody. Zwłaszcza, że kryzys wymusił na właścicielach marek poszukiwanie nowych źródeł kreatywności i indywidualizmu. A czy może być lepsze źródło kreatywności niż talent i determinacja odpowiedzialnie wykształconego, spragnionego sukcesu projektanta?

Hanna Gajos

Czarownice porywają babcie

marzec 17th, 2010

Sądzę, że obchodzony uroczyście Dzień Babci ma charakter zaklęcia i zachęty, żeby jednak parę babć ocalić. Na pamiątkę. Jako przykład i wzorzec, gdyby jednak ktoś nadal chciał wiedzieć, jak powinna wyglądać prawdziwa babcia. Może warto zachować ją w pełnym rynsztunku „babciostwa” – ze sztuką gotowania pomidorowej jak nikt na świecie, opowiadaniem bajek z wyłącznie szczęśliwymi zakończeniami, rysowaniem kota jednym pociągnięciem kredki? No i ze zmarszczkami, stałym powodem rozterek – dodają twarzy charakteru czy rozpaczy? Na pewno charakteru, który trzeba mieć, aby nie rozpaczać widząc, co czas wyprawia z człowiekiem.

Franciszek Starowieyski, piewca różnych form dojrzałości, zapewniał, że każda zmarszczka to zapis uniesienia. Przekonywał, że pogrupowane w różnych fragmentach twarzy „odkreślają” każdy orgazm, są jak kronika miłosnych spełnień. Gdy to mówił, wiele babć pobiegło do lustra z oburzeniem – no nie, jednak byłabym bardziej pomarszczona! Dzisiaj biegną do chirurgów, by się „odmarszczyć”, podciągnąć i naciągnąć, mając do wyboru długą listę technik i technologii odmładzania. Czy zdzierając z twarzy ślady przeszłości, walczą o szansę na nowe zapisy? Kto niby miałby stawiać te „kreski” na babcinym ciele? Rówieśnicy córek i synów? O nadzieję na taki efekt rewitalizacji podejrzewają swoje partnerki dziadkowie, speszeni wizerunkiem partnerki powracającej z kliniki młodości „z dzieckiem na twarzy”, bo z resztą ciała, przez kontrast, jednak jakby starszą. Synowie dyskretnie milczą, a córki nie ośmielają się powiedzieć, że gładko może też znaczyć żałośnie, bo obawiają się posądzenia o zazdrość. Tylko wnuki bywają boleśnie szczere, szokując otoczenie reakcjami typu „król jest nagi”. Takiej szczerości i spontaniczności doświadczyła babcia rezolutnej trzylatki, którą opiekowała się od chwili narodzin. Pani lokuje się standardowej dla babć grupie pięćdziesięciolatek, jest zgrabna i sprawna ponad wiekową normę, a poczuciem humoru może konkurować z nastolatkami. Jednak uległa zachęcie, by konkurować z nimi także gładkością twarzy. Otoczenie powstrzymywało się od komentarzy, ale wnuczka uciekła z krzykiem – Ty nie jesteś moją babcią! Czarownica porwała naszą babcię! Potrzeba było kilku tygodni, by dziecko uwierzyło, że babci nie porwano, nie zamieniono, a jedynie trochę zaczarowano. Odczarowywanie trwa, ale wnuczka nabrała nieufności nie tylko do baśniowych zaklęć, ale także do ustalonej przez naturę i kulturę rodzinnej hierarchii. Babcia rozważa więc opcję chirurgicznego postarzenia, a dziadek zbiera podpisy pod petycją, aby chronić „kroniki miłosnych uniesień” przed zakusami czarownic.

Hanna Gajos

Damy i pozory

styczeń 4th, 2010

Uniwersalne zalecenia, takie do zastosowania zawsze i wszędzie, nazwano w moim domu „prawdami z warzywniaka”. O prawdzie pierwszej, która zapoczątkowała długą, ciągle uzupełnianą listę, przypomniała mi sprawa Krzysztofa Piesiewicza (celowo nie piszę „senatora”, ponieważ uważam, że sprawa ma się nijak do jego polityczno-społecznych funkcji).

Nasz dom sąsiadował z podwórkiem, gdzie mieścił się warzywniak, sklepik arcyciekawy dla dzieci. Mając niespełna pięć lat, byłam świadkiem fascynującej sceny. Właścicielka warzywniaka ciskała w zapamiętaniu dorodnymi pomidorami w trzydziestoletniego syna (co zostało ustalone później), krzycząc – a mówiłam ci Niuniuś, nie wpuszczaj kurwy do domu, bo się w burdelu obudzisz! (powtarzam w pełnym brzmieniu, nie zważając na szok, bo arbiter szyku, pani Jadwiga Grabowska twierdziła, że nawet wulgaryzm można przytoczyć, jeśli jest cytatem). Rzuty były nad wyraz celne, Niuniuś wyglądał na pokonanego, a ja przyniosłam do domu wyliczankę znacznie ciekawszą niż entliczek-pentliczek, czy ta o babie, co siedzi na cmentarzu i trzyma nogi w kałamarzu.

Gdy powtórzyłam wyliczankę kilka razy, rodzina jeszcze nie reagowała, ale kiedy zaczęłam ją nucić lalkom, mama nie wytrzymała. Powiedziała, że jest to przestroga z bajki o niegrzecznej dziewczynce, której nie zaprasza się do domu, bo strasznie bałagani i potem trzeba długo sprzątać. Kto powtarza to zdanie jak zaklęcie, zaprasza bałaganiarę do domu, więc…? Nie lubiłam sprzątać i wyliczanka-kołysanka poszła w zapomnienie.

Rok później, jako sześciolatka ze stosownymi referencjami – grzeczna, z dobrego domu, itp., wylądowałam w wymarzonej, wywalczonej przez rodziców (przyjmowano tylko siedmiolatków) szkole i już pierwszego dnia wzięłam się „za warkocze” z koleżanką z ławki. Ja zniszczyłam jej kokardy, ona mnie zeszyty, albo odwrotnie. Po lekcjach wychowawczyni zaprosiła nas do pokoju nauczycielskiego i tu, w obecności katechety zaproponowała, abyśmy się przeprosiły, a może zaprzyjaźniły, odrabiając wspólnie lekcje, na przykład u mnie w domu. I wtedy wypaliłam – co to, to nie! Nie wpuszczaj kurwy do domu, bo się w burdelu obudzisz!

Nie muszę tłumaczyć, co się działo, ale „prawdę z warzywniaka” zapamiętałam na zawsze nie tylko ja, ale cała moja rodzina, wszyscy nauczyciele, uczniowie i ich rodzice. Może interpretowana stosownie do sytuacji uchroniła wielu moich rówieśników przed bałaganem w dorosłym życiu?

Jednak pewnie nie wszyscy mali chłopcy poznają życie „od podwórka i warzywniaka”, więc potem duzi chłopcy bywają nie dość czujni, gdy przyjdzie im odróżnić damę od jej imitacji.

Winna uśpieniu tej czujności jest także moda ostatnich lat. Przekomarzanie się dobrego smaku z kiczem, a wulgarności z finezją to program tych marek, które wprost i bez ogródek postawiły na zmysłowość. W wielu kolekcjach erotyka wygrywa z elegancją, a wyuzdanie z flirtem. Furorę robi moda dla „niegrzecznych dziewczynek”, a latem widać, w jakim stopniu buduar zawładnął trotuarem. Modelki w magazynach – adresowanych do dam! – przybierają pozy dziewczyn pracujących na ulicy…

A potem się dziwimy, że dorosły człowiek ma problem z oceną, kogo do domu wpuszcza.

Hanna Gajos

Piękny hydraulik, czyli związki urody z wodą

grudzień 16th, 2009

Wśród wielu rodzinnych anegdot mamy i taką: moja czteroletnia córka jeszcze w szatni przedszkola zapowiada, że ma wielką tajemnicę, poczym wyjawia ją tuż za progiem − „mamo, ta Kasia niczego, niczego nie rozumie, ona mówi, że JEJ tata jest najpiękniejszy na świecie, a przecież ona już widziała NASZEGO!”.

Choć dziewczynki szybko dorastają, to jednak większość nie wyrasta z przekonania, że to ICH ojcowie i bracia są wzorcami cnót i urody. Podobnie postrzegani są również narzeczeni i mężowie, choć, niestety, zachwyt dotyczy raczej początków związku.

Tak, czy siak polubiliśmy przekonanie, że NASI CHŁOPCY są śliczni. Zapracowała na nie historia − „ułani, ułani malowane dzieci” itp., a utrwaliła współczesność, gdy to NASZ hydraulik pobił ościennych nie tylko eksportowymi kwalifikacjami, ale także urodą. W tej sytuacji musiała porazić wiadomość, ze kobiety ze Skandynawii postrzegają NASZYCH rodaków jako najbrzydszych na starym kontynencie. Aż kusi, żeby zapytać tak, jak zapewne zapytałaby mała dziewczynka: czyżby one SWOICH nie widziały?

Okazuje się że widziały, porównywały i wypadło na niekorzyść NASZYCH − za stan włosów, zębów, wąsów, butów i tzw. ogólne wrażenie. To ostatnie wydaje się szczególnie krzywdzące, bo przesadnie ogólnikowe.

Sprawa stronniczej, czytaj − krzywdzącej, oceny urody NASZYCH CHŁOPCÓW, najpierw gościła w czołówkach informacyjnych serwisów, a potem była szeroko omawiana na spotkaniach około świątecznych. Piękno uznano za temat bezpieczniejszy niż komisje śledcze, sympatie polityczne i upodobania do niekonwencjonalnych strojów „po domu”. Jednak do czasu.

Na jednym ze spotkań „zawodowców od mody” po stronie Dunek, Szwedek i Norweżek! stanęła, słynąca z celnych spostrzeżeń i opinii, właścicielka salonu mody męskiej. Zapytała uczestniczki − babskiego w przewadze − spotkania, czy wiedzą, jak pod koniec dnia pachnie przymierzalnia w jej salonie? Nie wiedziałyśmy. Nie było też chętnych, aby skorzystać z zaproszenia i przekonać się osobiście, o jakież to „ogólne wrażenie” mogło chodzić. Natomiast rozmowa natychmiast zwekslowała na takie tematy, jak - podkreślany przez uwiedzione panie zapach świeżości oraz nieskazitelna biel koszuli, a także zębów, najskuteczniejszego uwodziciela naszych dni, czyli agenta Tomka.

Rozmarzyłyśmy się nostalgicznie, gdy jedna z uczestniczek spotkania, zresztą historyk obyczajów, przypomniała, że dawniej w wojsku wpajano NASZYM CHŁOPCOM często brutalnie, że „najlepsze pachnidło, to woda i mydło”. Natomiast znana socjolog dodała, że jest oczywistą oczywistością, że nie powinnyśmy zapominać o tym, iż współczesne oblicze męskości jest kształtowane wymaganiami kobiet, więc… Więc, akcentując oczywiste związki urody z wodą, przypominam „ku pokrzepieniu serc”, że piękny hydraulik, to jednak NASZ CHŁOPIEC.

Hanna Gajos

Wyjący anioł, czyli kaszana

grudzień 7th, 2009

Przez kilka dni polowanie na moment osadzenia Romana Polańskiego w areszcie domowym zyskało w mediach konkurencyjną informację, też z podłożem erotycznym. Joanna Krupa, nasza rodaczka mieszkająca w Ameryce, która dotychczas zasłynęła tym, że rozbiera się we własnym imieniu, tym razem zrobiła to w imieniu cierpiących zwierząt. Rzecz w tym, że rozebrała się nie dość konsekwentnie. Na zdjęciach, firmowanych przez amerykańską organizację przyjaciół zwierząt, piękna trzydziestolatka występuje „odziana” jedynie w aureolę, skrzydła, krzyż i apel, żebyśmy zostali aniołami. Nie jest to trudne – przekonuje napis przesłaniający uda modelki. Wystarczy, że potrzebę posiadania psa zrealizujemy nie w sklepie, ale w schronisku dla bezdomnych zwierząt. Na fotografii z krzyżem, bo jest także wersja z różańcem, Joanna Krupa kroczy po głowach sfory szczeniaków, mając za tylnią golizną wnętrze świątyni. Autorzy kampanii przeciw bezdomności psów nazywają to zdjęcie „przekazem emocji”. Każdy, kto był raz w przytułku dla zwierząt, wie, że dominującym przekazem jest tam pisk, skomlenie i wycie. A jednak szansa, aby modelka tak wyraziście przemawiająca w imieniu psiarni, przeszła do historii jako „Wyjący anioł”, została bezpowrotnie zaprzepaszczona. Wykorzystując zainteresowanie mediów kontrowersyjnym obrazkiem, Joanna Krupa przemówiła. Tym razem własnym językiem. Z frazesów o konieczności promowania dobra, o walce z cierpieniem i przytulności „naszych miluśkich przyjaciół” wyłoniła się myśl główna: nic tak nie służy reklamie jak skandal i nic nie wzbudza takich emocji jak „obraza boska”. Upojona zainteresowaniem mediów, współczesna konkurentka Świętego Franciszka z Asyżu straciła czujność i dała się sprowokować do rozważań o metodach komunikacji społecznej. I tu Pan Bóg okazał się i rychliwy, i sprawiedliwy, dokonując kolejnego negliżu, tym razem negliżu intencji. Okazało się, że w tej kampanii, podobnie jak na obrazku, sprawa zwierząt to dalszy plan, na pierwszym lokuje się interes modelki. Krzyż, najlepiej rozpoznawalny znak firmy tak silnej jak Kościół, został tu wykorzystany dla wzmocnienia marki „ciało Krupy”. Marki wchodzącej nieuchronnie w fazę dojrzałości, co może grozić utratą rozpoznawalności.

Już wiadomo, że skandalizująca kampania zwierzętom nie pomoże, ale krzyżowi też nie jest w stanie zaszkodzić. Więc, czy warto było zasilać księgę przysłów refleksją „tam gdzie są krupy, będzie i kaszana”, albo prowokować do twórczej przeróbki przysłowia „i w Paryżu nie zrobią z krupy ryżu”?

Hanna Gajos

Branżowe prawdy

listopad 25th, 2009

Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy – mawiała Marylin Monroe, a jednak specjaliści od marketingu emocjonalnego nieczęsto się na nią powołują, chociaż specjaliści od mody i ideału urody, owszem.

Niby szukamy najkrótszej drogi do klienta, ale nie upraszczamy jej, wręcz przeciwnie – komplikujemy ją zawijasami zdań, afirmujących te modele biznesu, które właśnie poniosły klęskę.

Mając takie możliwości komunikowania się, jakich przedtem nie znał świat, nie potrafimy porozumieć się z najbliższymi. Jednocześnie zaśmiecamy fora internetowe rozważaniami o potrzebie porządkowania świata wedle naszych własnych reguł, których jednak nie potrafimy precyzyjnie nazwać.

Naprodukowaliśmy tyle ubrań, że choćbyśmy przebierali się raz kilka razy dziennie, za każdym razem sięgając po nowe, to i tak grożą nam sterty niechcianych – pamiątka po wyprzedażach.

Zmęczeni nadmiarem wszystkiego, zasypywani lawiną ofert, propozycji, okazji, promocji tęsknimy do jakości rzeczy i słów. I w takich chwilach warto sięgnąć do źródeł, do mądrości przysłów. O tym, że warto, świadczy sukces polityka, który przysłowiom zaufał bardziej niż sobie i… został wybrany posłem, najpierw polskim a potem europejskim. Siła zwięzłych, trafnych zdań jest wielka.

Przekaz przysłowia jest krótki, czasem rubaszny, ale prosty i tak wieloznaczny, że niemal zawsze na temat. Jak się okazuje, także na temat mody, na co powinni zwrócić uwagę specjaliści od marketingu emocji. Oto przysłowia, które są tak związane z branżą mody, że aż przypisane do konkretnych segmentów tego biznesu.

O zmienności mody

Każdy czas ma swoją twarz.

Co wiosna wypiecze, to zima wysiecze.

Co godzina, to nowina.

O upodobaniach klientów

Każdy człowiek to odrębny świat.

Co Włoch wymyśli, a Niemiec zrobi, to Polak kupi.

Cudze chwalicie, swego nie znacie.

O obsłudze klienta

Jakie powitanie, takie rozstanie.

Komu nie poradzisz, temu nie pomożesz.

Co radzisz drugiemu, życz sobie samemu.

Krótko mówi ten, który mówi to, co trzeba.

Jedna pokusa idzie za drugą.

Sercem lubić, ręką skubać.

O visual merchandisingu i reklamie

Jaki pan, taki kram.

Kota w worku się nie kupuje.

Każda pliszka swój ogonek chwali.

O materiałoznawstwie

Co głupiemu po koronkach, jeśli powiada, że to same dziury.

O szybkiej modzie

Lepiej przed czasem niż po czasie.

O szczęściu w biznesie

Komu się wiedzie, temu i kogut niesie.

O zaradności

Kropla do kropli a będzie morze.

O promocji

Nieobecni nie mają racji.

Mamy nadzieję, że ten przegląd utwierdza Państwa w przekonaniu, że zajmujemy się dziedziną, o której można mówić barwnie, krótko i z przekonaniem, że stoi za nami doświadczenie i mądrość pokoleń.

A że mędrcy zawsze lubili towarzystwo pięknych kobiet – odwrotnie bywało rzadziej, opinię Marylin Monroe o szczęściu i zakupach, warto uzupełnić opinią filozofa, dotyczącą każdej formy biznesu, zwłaszcza w trudnych latach.

Seneka przestrzegał (skąd on wiedział o kryzysie?) – temu, kto nie wie, do jakiego portu zmierza, nie sprzyja żaden wiatr.

Hanna Gajos

Skrzaty i tajemnice

listopad 16th, 2009

Będąc właścicielem marki TROLL, trzeba uważać na złośliwość skrzatów.

Sieci odzieżowe funkcjonują w dużym oderwaniu od krajowych producentów. W przypadku firm sprzedających markowe tekstylia tylko nieduża część asortymentu jest możliwa do wyprodukowania w Polsce. Wynika to z braku odpowiedniego parku maszynowego, dostępności surowców, wiedzy i doświadczenia krajowych wytwórców. Tak, mówiąc o przyczynach lokowania produkcji na Dalekim Wschodzie (Dziennik Gazeta Prawna, 23 października 2009), pan Piotr Kujawiński, prezes zarządu spółki REDAN – właściciela marek TROLL, TOP SECRET, TEXTILMARKET, ocenił możliwości wytwórcze polskiego przemysłu mody.

Mamy wolny kraj i każdy może konkurować w popularnej dyscyplinie – najwięcej głupstw w jednej wypowiedzi. Panu Prezesowi udało się pokonać w tym wyścigu nie tylko reprezentantów naszej branży. Uprawnione jest przypuszczenie, że do tego sukcesu przyczynili się piarowcy, nazywani potocznie „przykrywkami rozbieżności”. Najczęściej chodzi o rozdźwięki między kompleksami a aspiracjami, między prawdą a rzeczywistością.

Prezes spółki REDAN, znanej z tego, że oferuje odzież w tak prestiżowych „domach mody” jak Auchan czy Carrefour wpada w ton, jakiego nie uświadczymy u przedstawicieli światowych topowych marek mody. A to właśnie ich aspiracje zaspokajają „krajowi producenci”, gwarantując jakość nowoczesnym parkiem maszynowym, innowacyjnymi technologiami, wiedzą i doświadczeniem kadry. To właśnie ci „krajowi producenci” udowadniają, że krawiectwo przemysłowe może być sztuką. Jednak sztuka i jakość kosztują, nie są więc dostępne, i co oczywiste – nie są w ogóle potrzebne, firmom realizującym strategię „duża skala, niska cena i podobna jakość”. I tak wygląda prawdziwa, choć „uwierająca” propagandowo odpowiedź, dlaczego zaopatrzeniowcy hipermarketów i oferenci odzieżowej masówki lokują produkcję tam gdzie najtaniej, choć nie najlepiej.

Wypowiedzi obniżające pozycję rodzimego przemysłu mody, na którego wykonawstwo nie stać marek, których głównym atutem jest niska cena, nie podwyższą automatycznie ich rangi. Podobnie jak dopisanie przedrostka „top” nie wynosi na szczyty mody.

Prawdę o walorach Top Secret znają doskonale klientki, które nabywszy top tej marki, jej sekret – nieuchronna zmiana formy i koloru – poznały już podczas pierwszego prania.

Od dawna trwają spory, czy ulubionym zajęciem skrzatów, zwanych nomen omen trollami jest zanieczyszczanie mleka czy wymachiwanie maczugą. Czyżby to skrzaty zadomowiwszy się w REDANIE, wypaczały wypowiedzi prezesa?

Hanna Gajos