Rafał Michalak – Trudne czasy szybka moda
Trudne czasy sprzyjają przewartościowaniom i zmianom. Także w sposobie obiegu mody. O atutach tzw. szybkiej mody rozmawiamy z Rafałem Michalakiem –projektantem i menedżerem produktu.
PRZEMYSŁ MODY-INNOWACJE: Coraz częściej słyszymy opinie, że tradycyjny sposób produkowania i kontraktowania – producenci z rocznym wyprzedzeniem zamawiają tkaniny, handlowcy z półrocznym kolekcje, jest głównym powodem nietrafionej oferty, rosnących zapasów i niezadowolenia klientów?
RAFAŁ MICHALAK: Pewnie jest, ale skoro utrzymuje się tak długo, zapewne ma także zalety. Porządkuje rynek rytmem powtarzających się wydarzeń: targi tkanin, targi mody, sezonowe kontraktacje. Wszystko to daje złudzenie przewidywalności, pewności, funkcjonuje od lat…
PM-I: Jednak ostatnio wpływa przede wszystkim na rosnącą atrakcyjność outletów, które stały się liderami obrotów i kołem ratunkowym dla wielu firm. Problemem wszystkich są pełne magazyny, bo trendy zmieniają się w błyskawicznym tempie, bo pogoda bywa wrogiem mody. Trzeba być wróżką, żeby rok wcześniej przewidzieć popularność jakiegoś wzoru czy koloru, dlatego coraz więcej zwolenników i wśród producentów i handlowców zyskuje tzw. krótki obieg mody, nazywany też „szybką modą”, systemem pronto moda. Wiem, że kilka lat pracowałeś w takim systemie. Co jest główną zaletą „szybkiej mody”?
RM: Właśnie szybkość, skrócenie drogi od pomysłu do wieszaka w sklepie, nawet do tygodnia. To zaleta dla handlu i atrakcja dla klienta. Handel w tym systemie otrzymuje niemal same hity, a przynajmniej – maksymalnie aktualne pewniaki. Jeśli, powiedzmy, przebojem ostatniego miesiąca jest zielona sukienka z bufkami, to w ciągu tygodnia może trafić na witrynę i na wieszaki. To, że tak jest, gwarantuje organizacja pracy, kwalifikacje kadr i logistyka. Konieczne warunki po stronie producenta to elastyczny, mobilny projektant, silna, szybka wzorcownia i regały pełne tkanin, kupionych w dużych ilościach, na własne ryzyko. Na szczęście są to zwykle tkaniny tańsze, bo ich producenci – początek „krótkiego cyklu produkcji”, nie wydają pieniędzy na promocje, nie uczestniczą w targach, obsługują wyłącznie segment pronto moda, też błyskawicznie reagując na sygnały z rynku.
PM-I: Są to warunki do spełnienia, mamy mobilnych projektantów, mamy szybkie wzorcownie i szwalnie, znamy adresy dostawców tkanin, więc dlaczego firm pracujących w tym systemie jest tak mało?
RM: Dodam jeszcze jeden argument „za”. Firmy, które działają w ten sposób, bardzo dobrze prosperują, nie pracują „na magazyn”, czego przykładem jest ZARA. Jednak ZARA ma własne sklepy, działa w obiegu zamkniętym. Nasze firmy zwykle pracują z multibrandami, przyzwyczajonymi do klasycznego sposobu kontraktacji. Sklepów nie stać na pracownika do kontaktów z producentami, który co tydzień, w ustalonym dniu przyjeżdżałby do ich showroomów po nowości. Bo kolejnym ważnym ogniwem „szybkiej mody” musi być handel. Taki, który docenia krótszą drogę produktu do klienta, bo najzwyczajniej mniej ryzykuje, ma ofertę atrakcyjniejszą niż konkurencja, co tydzień bombarduje klienta nowościami. Musi to być handel, który zwiąże się z producentem i żyje życiem firmy.
PM-I: Ten tydzień „od pomysłu do wieszaka” jest realny? Może być dotrzymany w małych firmach?
RM: Zwłaszcza w małych, pod warunkiem, że projektant ma wpływ na wybór tkanin i ściśle współpracuje z menedżerem produktu, albo sam pełni tę funkcję. Skupienie w jednym ręku kilku kompetencji to też ważny element „krótkiej drogi”, która skróciła się jeszcze bardziej w dobie Internetu. Na przykład, w poniedziałek szyjemy model, we wtorek go fotografujemy, w środę umieszczamy na naszej stronie, a handlowcy dysponujący hasłem dostępu wiedzą, że to rutynowy termin oceniania nowości, w czwartek na podstawie tych opinii przystępujemy do produkcji, w poniedziałek ubranie wisi w sklepie.
PM-I: Czy znasz w Polsce dużo firm, które tak pracują?
RM: Nie, ale coraz więcej firm organizuje różne „międzykontraktacje”, np. mody wieczorowej, wakacyjnej. Jestem przekonany, że „szybka moda” to przyszłość, a dla małych, mobilnych firm z szybką wzorcownią i szwalnią ogromna szansa na przejście przez trudne lata suchą nogą. Wiele firm handlowych na świecie kontraktuje w ten sposób, że po postawieniu przy konkretnym modelu znaczka potwierdzającego zamówienie, ma za trzy dni model w sklepie. Nie jestem zwolennikiem kupowania ubrań przez Internet przez konsumentów, ale jako szybki kontakt między producentem a handlem Internet jest nieoceniony. Już staje się, chociaż na bardzo różnym poziomie, szkołą stylu dla konsumentów, niebawem musi stać się podstawowym narzędziem komunikowania między projektantami, producentami a handlowcami i ich klientami. Od ponad dziesięciu lat pracuję w zawodzie i obserwuję „staroświeckość” wiedzy, jaką tuż po szkole miałem na temat tworzenia kolekcji, obiegu informacji. Wszystko strasznie przyspieszyło…
PM-I: Zwłaszcza w ostatnich dwu latach, przypomnieliśmy sobie, że krótki obieg mody to wynalazek połowy „trudnych lat” siedemdziesiątych. Możemy się pocieszać, że nam jest łatwiej, mamy Internet. Dziękuję za rozmowę, i życzę powodzenia na krótszej drodze do klienta.
Rozmawiała Hanna Gajos
Skąd się wzięła szybka moda?
Wynalazcami „mody krótkiego obiegu” są przedsiębiorcy z paryskiej dzielnicy Sentier, która jest nazywana dzielnicą krawców. Po wojnie zamieszkali tu emigranci ze wszystkich stron świata, produkujący niedrogą konfekcję. Sprzedawali ją w okolicznych sklepikach, szybko zmieniając ofertę. Ich klientami byli ci, których nie stać było na kolekcje pret a porter, a którzy mieli potrzebę częstego odnawiania garderoby za niewielkie pieniądze. Krawcy z Sentier stali się zagrożeniem dla pret a porter, lekceważąco nazwani przez konkurentów tanimi plagiatorami. Zagrożenie i szansa na dobry interes sprzyja konsolidacji. W czasie kryzysu naftowego, w połowie lat 70., międzynarodowa społeczność z Sentier stworzyła system „szybkiej mody”, stając się poważną konkurencją dla przemysłowej produkcji pret a porter. Kooperując ze sobą, wytwórcy z Sentier podzielili się specjalnościami. Dzięki współpracy kilkuset przedsiębiorstw w latach 80. potrafili skrócić do miesiąca czas od zamówienia do realizacji; przedtem za czas rekordowy uważano kwartał. Było to możliwe dzięki skupieniu w jednej dzielnicy oferentów tkanin, dodatków, szwalni, hurtowników i pracowni projektowych, które tak naprawdę zajmowały się kopiowaniem. Ponieważ ten system okazał się niesłychanie atrakcyjny dla klientów, a szybka moda dawała szybkie zyski, krawcy-kopiści znaleźli naśladowców na całym świecie. Dziś wielkie sieci masowo i błyskawicznie kopiują kolekcje liderów, dbając o to, by w odpowiedniej proporcji zmodyfikować oryginał, unikając procesu o plagiat. Małe firmy przez cale lata stosowały mniej wyrafinowaną metodę podrabiania. Wystarczyło kupić markowe ubranie popruć je, zrobić szablony, stopniowanie, przeszycia i cieszyć się nadzieją na sukces. Ale w tym procederze nie mają szans prześcignięcia wielkich, a kopiowanie modeli z kolekcji wiodących sieciówek jest zaprzeczeniem szybkiego obiegu mody. Zwłaszcza, że klienci coraz częściej poszukują oryginalności, a te może zagwarantować tylko współpraca z dobrymi projektantami.
Hanna Gajos – Lista E-wektorów
Długofalowe tendencje i uwarunkowania mody
Moda coraz bardziej się komplikuje, coraz trudniej porządkować trendy, opisywać mieszanki stylistyczne. Takie jest pierwsze wrażenie, gdy czytamy opracowania biur trendów i instytutów mody. Bywa, że więcej tam poetyckich określeń niż konkretów. Dlatego, co rusz, jesteśmy świadkami prób porządkowania chaosu różnymi metodami. Proponujemy uporządkowanie tendencji listą dziesięciu haseł łatwych do zapamiętania.
1. EKONOMIA
Kryzys okazał się jednym z najskuteczniejszym kreatorów. Ostudził zapędy w kierunku luksusu, wywołał chęć wielkich porządków, skłonił wszystkich do szukania oszczędności, gdzie się da, także w metodach zapełniania szafy. W modzie z najwyższej półki, tej dla najbogatszych, oznacza to snobizm na „nową skromność”. W praktyce są to bardzo drogie tkaniny i wyrafinowane krawiectwo, czyli nawiązanie do stylu dandysa. Efekt wspólnych zabiegów mistrzów krawiectwa i technologii nie rzuca się w oczy, ale jest doceniony przez wytrawnego zorientowanego obserwatora. W modzie dla mniej zamożnych nadal aktualne będą widowiskowe efekty luksusu: błyski, blaski, srebrzenia, złocenia i efekty glamour, czyli eksploatowane od lat 80. wątki „Dynastii”.
2. EKOLOGIA
Eko jest modne, moda jest Eko. Niezależnie od tego, co to hasło znaczy i jak jest interpretowane, miłość do natury jest dominującą emocją i ponadczasow, ponadpokoleniową tendencją. Naturalni mają być adresaci mody zainspirowani troską o czystość wody, ziemi i powietrza. W nurt ekologiczny na prawach współistnienia jest i będzie wpisywana: moralna wytwórczość, wytwarzanie przez przetwarzanie, wszelkie formy naśladowania natury i triumfalny powrót naturalnych włókien, wśród których najbardziej ekologicznym ogłoszono len. Ekologia jest hasłem najmodniejszym, ale też najczęściej nadmiernie eksploatowanym, często na granicy nadużycia. Ale ponieważ łączy ludzi w szlachetnej, zawsze aktualnej – i coraz bardziej uzasadnionej – walce o środowisko, moda z ekologii nigdy nie zrezygnuje.
3. ELEGANCJA
W ramach porządków i ratowania „z pożogi kryzysu” podstawowych wartości wraca ranga elegancji, czyli sztuki harmonizowania wszystkich elementów stroju. Tym, co mamy dziedziczyć po modach minionych, jest przede wszystkim szlachetność: tkanin, detali, dodatków, kolorów. Polubimy subtelność pasteli i bieli. Docenimy dyskrecję kolorów ochronnych. Interpretując na nowo elegancję, wyposażymy ją w dodatkowe określenia: retro, czyli krawiectwo lat 50.; sportowa, a więc inspiracje ekskluzywnymi klubami lat trzydziestych; typu ogień i lód, czyli kostiumy gwiazd amerykańskiego filmu z lat 40. itd. Zawsze w zgodzie z potrzebą chwili, bo elegancja jest wartością niezniszczalną.
4. EKLEKTYZM
Przy takiej różnorodności trendów, w sytuacji, gdy ogromny wpływ na formę, estetykę i funkcję ubrania ma technologia, konieczne jest poluzowanie klasycznych zasad. Proces „luzowania”, który trwa od lat, podniósł przypadek do rangi stylu, czego przykładem jest wszechobecność i wszechwładza casual…… O ile elegancja wymaga czystości stylu, wierności tradycyjnym zasadom zestawiania kolorów i wzorów, to eklektyzm oznacza miksowanie, przenikanie, łączenie rzeczy z różnych parafii, np. przetarte dżinsy i żakiet a la dandys, albo – romantyczna sukienka i militarna kurtka, możliwości są nieograniczone. Najbardziej spektakularne przykłady łamania etykiety to konsekwentne zacieranie granicy między ubraniem a bielizną, między strojami codziennymi i wieczorowymi. Modne jest podprawianie egzotyki elegancją a elegancji ekologią itd. Moda miesza style, epoki, źródła inspiracji, albo zestawiając pojedyncze rzeczy zróżnicowane stylistycznie, albo mieszając style jednej. np. romantyczna sukienka ze sportowymi detalami lub styl kolonialny z elementami glamour.
5. EKSPRESJA
W ramach harmonizowania kontrastów – kierunek opozycyjny wobec elegancji. Teatralna, eklektyczna, czasem efekciarska widowiskowość „na skróty”. Mieszanka efektów hippisowskich, artystycznych, elementy rękodzieła „galeryjnego”. Ponieważ najbardziej widowiskowe jest epatowanie przesadą, często będziemy świadkami interpretacji nadmiaru, ilustracji przesady – za duże, za ostre, za wąskie, za szerokie. Np. swetry będą przesadnie wielkie, marynarki za długie, a spódnice za krótkie. W ten kierunek wpisują się wszystkie inspiracje baśniowe i stylizacje teatralne. Cel: wywołanie zdziwienia, zaskoczenia: to tak można? Trzeba.
6. ESKAPIZM
Efekt przekonania, że sposób, w jaki się ubieramy, może być ucieczką od codzienności. Uciekać można w różnych kierunkach. W przyszłość, zabierając po drodze wszystkie elementy futurystyczne, na czele z kosmicznymi srebrzystościami i elastycznymi kombinezami. Ale też w przeszłość, adaptując elementy historycznego kostiumu. Albo w bajkę lub egzotykę. W tym nurcie moda będzie także oferowała dziewczęcość i chłopięcość, tym, którzy uciekają od dorosłości oraz dużo możliwości romantykom, chroniącym się w marzeniach.
7. EGZOTYKA
Kierunek związany z ucieczką. Dalsza eksploatacja tematu „wyprawa życia”. Chęć odkrywania na nowo atmosfery wielkich wędrówek i wielkich podbojów. Nieustanne przetwarzanie „pamiątek” z podróży do regionów modnych turystycznie: Afryka, Skandynawia, Orient, Australia, Ameryka Południowa. Fascynacja ubiorami tubylców plus dążenie do wygody owocuje trendem „ubieranie przez owijanie”. Trwa spór, czy modę na druki a la skóry egzotycznych zwierząt wpisać w kierunek ekologiczny czy egzotyczny.
8. ERGONOMIA
Nasila się tendencja, aby traktować ubranie jak narzędzie idealnie współpracujące z właścicielem, dostosowane do różnych sytuacji, funkcjonujące jak perfekcyjny futerał „na człowieka”. W opisach trendów praktyczność jest akcentowana obok innowacyjności, a ta ostatnia jest ściśle związana z komfortem. Ubrania sportowe i robocze są stałym elementem mody ulicy. Coraz więcej rozwiązań umilających codzienność powstaje w laboratoriach inżynierów-wizjonerów, specjalistów od tekstroniki i bioniki. Sprawdzone w odzieży specjalistycznej, po pewnym czasie są przyswajane przez modę. Wszystko po to, aby ubranie stało się „przyjacielem człowieka”.
9. EKSPLOATACJA
Nowe technologie dostarczają metod i środków, aby ubranie, trafiając do sklepu, wyglądało na długo noszone, mocno wyeksploatowane. Kolory są sprane, wypłowiałe, powierzchnie pomarszczone, krawędzie poprzecierane. Ponieważ wszystko ma być „naturalnie pogniecione”, rezygnujemy z żelazka. Bywa to ryzykowne w przypadku oferty dla grupy 50+, przecząc wyznawanej przez lata zasadzie, że im człowiek staje się zbyt pognieciony, tym ubranie powinno być staranniej wyprasowane. Cóż, ucieczka od starych zasad to także element modnego eskapizmu. W ramach eksploatacji przerabiamy na nowo znane tkaniny i wzory, do efektów spłowienia, sprania i działania czasu dodajemy stałą obecność, odnawianych sezonowymi kolorami – kwiatów, pasków, kratek i łączek.
10. EGOCENTRYZM
Łagodniej jest nazywany indywidualizmem, albo piękną realizacją własnego Ja, a tak naprawdę zawsze chodzi o jedno: moda, efekt współpracy twórców i wytwórców, jest zawsze adresowana do pojedynczego, niepowtarzalnego człowieka. I powinna być tak interpretowana, by jej adresat poczuł się młodszy, ładniejszy, szczęśliwszy. Że to przesada? A gdzie wiara w magię mody?
Hanna Gajos
Sonda RYNKU MODY – Wystawcy o poznańskich kontraktacjach. Ewelina Polus, Krzysztof Bogdanowicz, Mariusz Łucki, Anna Bombała, Irena Pilarczyk, Gabriela Roczkalska-Drożdż, Teresa Chmielecka
Wystawcy o marcowych targach mody w Poznaniu
Tradycyjnie zwróciliśmy się do wystawców targów mody w Poznaniu o ocenę efektów uczestnictwa w największej branżowej imprezie kontraktacyjnej. Poniżej odpowiedzi na pytania:
A. Jak ocenia Pani/Pan skuteczność poznańskich kontraktacji jako narzędzia marketingowego − w szkolnej skali ocen, od 1 do 6 ?
B. Jakie są efekty uczestnictwa Państwa firmy/marki w marcowych kontraktacjach? Z czego jesteście Państwo zadowoleni, a co należałoby zmienić lub udoskonalić?
Dziękujemy uczestnikom sondy.
EWELINA POLUS − PR DESPERADO LONDON
A. Ogólna ocena: czwórka. Mieliśmy przyjemność spotkać się z klientami, z którymi już współpracujemy, a dyrekcja firmy miała szansę poznać osobiście tych klientów, którzy kupują nasze produkty w filii firmy w Poznaniu. Nawiązaliśmy wiele nowych kontaktów z handlowcami z całej Polski.
B. Jesteśmy zadowoleni, że w Polsce istnieje możliwość prowadzenia kontraktacji handlowych. Jednocześnie wszyscy w firmie zgodnie uważamy, iż należy zmienić kilka istotnych rzeczy. Po pierwsze – pokazy mody. Modelki, występujące jednocześnie na wybiegu radykalnie różnią się wzrostem i rozmiarami. Często też widać, że słabo znają układ. Trochę usprawiedliwia je zbyt krótki, przynajmniej o 5 metrów, wybieg, ale to chyba zmienić najłatwiej? Kolejna sprawa wymagająca zmiany to godzina pokazów. Początek o 10.30 to nieporozumienie, zważywszy, że targi są czynne od 10.00. Cóż, po ostatnich doświadczeniach najprawdopodobniej nie weźmiemy już udziału w handlowych pokazach mody.
Szkoda, że organizatorzy targów zatrzymali się przy rozwiązaniach sprzed 5 lat. Z okazji jubileuszowej, 10 edycji targi powinny pokazać, iż idą z duchem czasu, z postępem i tak podstawowe sprawy jak pokazy mody nie powinny być problemem. Myślę, że osoby decydujące o organizacji targów, powinny odwiedzić kilka imprez tego typu w Europie, np. Pure, CPD, CPM, aby zobaczyć, jak tam wygląda organizacja pokazów mody, wygląd stoisk. Przecież dziś ujednolicenie i zamknięcie stoisk wcale nie świadczy o profesjonalizmie. Zauważyłam, że osoby na niższych stanowiskach niż dyrekcja targów są bardziej kontaktowe i otwarte na uwagi, chętne do współpracy, jakby lepiej rozumiały potrzeby wystawców niż kadra zarządzająca. Widząc minusy, dostrzegamy także plusy. Przede wszystkim plus bardzo duży dla działu technicznego targów. Plus także za dobrze zorganizowany catering. No i za zarezerwowanie podczas pokazów miejsc siedzących dla klientów. Kartka na fotelu „rezerwacja Fashion Shaz” to niby drobiazg, ale byliśmy mile zaskoczeni.
KRZYSZTOF BOGDANOWICZ – reprezentant ds. handlu z Polską firmy M. HEGLER
A. Myślę, że niemiecka „jedynka”, czyli odpowiednik polskiej „szóstki” to odpowiednia ocena za organizację i skuteczność Poznańskich Kontraktacji jako narzędzia marketingu.
B. Efekty uczestnictwa firmy M. HEGLER w marcowych kontraktacjach są wyśmienite. Uważam jednak, że należałoby zmienić lokalizację targów FAST FASHION. Powinny odbywać się w tej samej hali co NEXT SEASON.
MARIUSZ ŁUCKI − właściciel firmy MABO
A. Ocena: czwórka. Jesteśmy bardzo zadowoleni z nawiązania nowych kontaktów i ilości podpisanych kontraktów.
B. Myślę, że najwyższa pora zmienić formułę targów. Przestarzała jest także forma zabudowy − na wszystkich targach w Europie już dawno odstąpiono od stoisk zamkniętych, ciężko zabudowanych. Wystawialiśmy się na targach CPD w Düsseldorfie, gdzie zastosowano zabudowę otwartą, przestrzenną, dobrze oświetloną, atrakcyjną dla odwiedzających targi, ale także dla wystawców. W Poznaniu nic się nie zmienia od kilku lat. Stoiska są już “zakurzone”, a do tego ciemne. Na oficjalnym otwarciu targów słyszeliśmy jak bardzo zarząd targów chce utrzymać wysoką pozycję imprezy, ale na chęciach się kończy. A wystarczyłoby podejrzeć, jak robią to inni − w Paryżu, Düsseldorfie, czy na innych znaczących imprezach − i ściągać dobre wzorce od najlepszych. Nasza firma od wielu lat jest wystawcą w kraju i za granicą i zawsze stara się wyeksponować nową kolekcję w nowej scenografii. To warto robić, to przynosi sukces.
Kolejna sprawa: wielokrotnie postulowaliśmy, aby targi obejmowały jeden dzień weekendu. Tak jest wszędzie, ale nie w Polsce. Wiele można by na ten temat mówić i pisać, tylko do kogo, skoro nie przynosi to żadnych efektów. Więc dalej „robimy swoje”. Bez pomocy, bez wsparcia w polskim stylu „każdy sobie rzepkę skrobie”.
ANNA BOMBAŁA, właścicielka firmy MAXI MODA
A. Za skuteczność dałabym 3+, przede wszystkim − za niekonsekwencję. Podczas targów NEXT SAESON jest co prawda kontraktowany następny sezon, ale także sprzedawany bieżący. To osłabia te targi jako narzędzie marketingowe. Przekaz powinien być wyraźny i jednoznaczny. Nie można robić wszystkiego na raz, gdyż wtedy całość imprezy traci na wyrazistości i jej znaczenie w miarę upływu czasu będzie słabnąć.
B. Organizatorzy powinni zadać sobie pytanie, dlaczego połowa wystawców opuszcza targi w połowie trzeciego dnia, mimo że trwają one do 16.00. Kolejny raz mogliśmy to obserwować. Pewnie dlatego, że nie ma już klientów. Tylko dlaczego? Może dlatego, że targi kończą się o 16.00 i nie ma całego dnia do pracy? Jeśli tak, to należałoby przedłużyć czas trwania targów do godziny 18.00.
Myślę, że całość imprezy powinna być od nowa przemyślana. Także gale, medale i bankiety. Obniżka cen powierzchni to także temat, na którym warto się zastanowić. Tym bardziej, że jest na czym oszczędzać i to bez uszczerbku na jakości imprezy.
Życzę organizatorom ciekawych pomysłów, którymi – mam nadzieję – nas zaskoczą przy następnej edycji targów.
IRENA PILARCZYK, właścicielka firmy NICOLA
A. Targi oceniam na piątkę.
B. Należałoby zmienić termin na wcześniejszy, np. na drugą połowę lutego, ponieważ z początkiem marca nakładają się terminy targów w Moskwie i Mediolanie. Targi mogą trwać 3 dni, ale od godziny 9.00 do 17.00, a nawet do 18.00. Nie mam zastrzeżeń do organizacji, struktury i do pokazów, ponieważ nie bierzemy w nich udziału, a na oglądanie nie mamy czasu. Program szkoleń jest O.K. Mam jednak uwagi do serwisu − kawa powinna być zdecydowanie lepsza, np. w Paryżu serwują bezpłatnie kawę firmy, reklamujące w ten sposób swoją markę. Czy w Poznaniu takie rozwiązanie jest niemożliwe?
GABRIELA ROCZKALSKA-DROŻDŻ − właścicielka i projektantka firmy ECHO
A. Moja ocena to około dwa i pół. Za wystrój. Sama impreza w porównaniu z wcześniejszymi latami − moje ostatnie doświadczenie wystawcy to rok 2003 − jest raczej ‘‘imprezką’‘; tylko półtora hali, misz-masz branż, a co za tym idzie i niewielka ilość odwiedzających. Przy tak wąskiej ofercie, klienci zakładają, że wystarczy im jeden dzień, aby ‘‘odwiedzić’‘ stoiska firm, z którymi współpracują. Co za tym idzie − wszędzie się spieszą, robiąc kontraktacje ‘‘po łebkach’‘. Ale jakby na to mamy raczej znikomy wpływ.
B. Co do samej idei kontraktacji − to może jest zbyt mało szkoleń, konferencji? Sama uczestniczyłam w jednej. Były tam osoby, również organizatorzy targów, które, moim zdaniem, nie bardzo się orientują, co się dzieje w polskiej modzie i krytykują producentów polskich, że nie wykorzystali swojej szansy we wcześniejszych latach, a teraz mają pretensje! Byli przekonani o niesamowitej popularności targów, o niesamowitym oblężeniu przez odwiedzających, zwłaszcza hali, w której były tkaniny. O dziwo, firmy wystawiające się tam, miały odmienne zdanie! Nie wiem z czego wynika ten brak samokrytyki i ta obłuda, którą nas karmią .
Bardzo słabo oceniam również pokazy, przy ewentualnym udziale bardzo drogie. Wiem, że wszystko kosztuje, ale…..I ostatnia sprawa, może błaha, ale ‘‘darmowy ‘’ catering na przyszłość lepiej sobie darować, kawa lura, kanapki podawane spod lady, po których można się pochorować, po co?
TERESA CHMIELECKA − dyrektor handlowy firmy WARMIA S.A.
A. Marcową edycję targów oceniam na cztery.
B. Liczba odwiedzających targi w ostatnich sezonach powoli, lecz zauważalnie wzrasta, czego dowodem było wzmożone zainteresowanie i obecność klientów od pierwszego do ostatniego dnia . Skutkuje to możliwością nawiązywania nowych kontaktów handlowych oraz odświeżania już istniejących. Firma WARMIA nadal bierze więc pod uwagę swój udział w kolejnych edycjach.
Oryginalna i bardziej dopracowana − w porównaniu do poprzednich, formuła pokazów organizowanych na terenie hali spowodowała zwiększone zainteresowanie wśród zwiedzających. Trzydniowy okres trwania targów jest również w opinii klientów wystarczający, a terminy winny być każdorazowo koordynowane z innymi znaczącymi imprezami branżowymi, organizowanymi w tym okresie w innych krajach Europy. Pamiętajmy, że nasi handlowcy coraz częściej uzupełniają ofertę krajową o towary z importu, a wystawcy kontraktują tkaniny i dodatki na znanych targach we Francji czy Włoszech.
Odrębnym tematem są szkolenia, które ze względu na terminy i miejsce, w których się odbywają, ograniczają znacznie udział w nich zarówno handlowców, jak i wystawców zajętych w tym czasie głównym celem swojej wizyty, tzn. kontraktacjami. Może należy rozważyć ich dostosowanie do możliwości i potrzeb potencjalnych adresatów.
Ponadto kilka uwag krytycznych należy się obsłudze technicznej, która podczas marcowych targów nie spisała się należycie. Zbyt późno porządkowano stoiska targowe, nie dostarczano na czas opłaconych wcześniej, dodatkowych elementów wyposażenia, a podane telefony kontaktowe permanentnie milczały.
Petra Wassner – Niemcy. Rynek wart zachodu
Petra Wassner, prezes zarządu spółki NRW Invest GmbH mówi o możliwościach współpracy z polskimi firmami
Rynek Mody: Jaką rolę odgrywa branża mody na terenie Północnej Nadrenii-Westfalii?
PETRA WASSNER: Północna Nadrenia-Westfalia jest czołowym centrum gospodarczym Niemiec. To również najbardziej znaczący region dla branży mody w skali całych Niemiec. 20 z 50 firm handlowych, generujących najwyższe obroty w branży tekstylnej ma swoją siedzibę w Północnej Nadrenii-Westfalii. 1.400 tutejszych firm związanych jest z modą, a ich roczne obroty sięgają prawie 14,8 miliardów euro. Międzynarodowe domy towarowe i sieci handlowe jak n.p. C & A, Ernstings Family, Karstadt, Kaufhof, KiK, Peek & Cloppenburg i Takko operują z terenu Półnonej Nadrenii-Westfalii. Do tego dochodzą uznane imprezy targowe jak CPD − międzynarodowe targi mody damskiej oraz GDS − międzynarodowe targi obuwia i akcesoriów. Stolica regionu, Düsseldorf, to miejsce uznane przez międzynarodowych liderów branży mody. W promieniu 10 kilometrów od terenu targów mieści się się około 1.300 wzorcowni i showroomów. Liczni projektanci, w tym Tristano Onofri, Norman Icking i Peter O. Mahler mają swoje pracownie w tym regionie. Jest też miejsce dla młodych talentów, nadających świeże impulsy.
RM: Czy, a jeśli tak, to jakie perspektywy otwierają się, Pani zdaniem, dla projektantów i producentów mody w Polsce na rynku Północnej Nadrenii-Westfalii i Niemiec?
PW: Producenci mody w Polsce są zdani na rozwój ukierunkowany na zachód. Otwarcie rynków na wschód spowodowało, że konkurencja zaostrzyła się również dla polskich projektantów i producentów mody. Firmy z Polski znajdą w Düsseldorfie i okolicy idealne warunki rozwoju. Północna Nadrenia-Westfalia dysponuje na tle całych Niemiec najgęstszą siecią handlową w branży mody. To bardzo istotne dla producentów planujących dotarcie do nowych kanałów dystrybucji i segmentów rynkowych. Siła nabywcza konsumentów w naszym regionie jest ogromna. W obrębie 500 kilometrów od Düsseldorfu żyje 150 milionów mieszkańców. To jedna trzecia ogółu konsumentów i 45 procent siły nabywczej całej UE. Sami mieszkańcy Północnej Nadrenii-Westfalii wydają rocznie przeszło 316 miliardów euro na prywatną konsumpcję.
RM: W jakich obszarach pomysły i umiejętności polskich projektantów są w stanie przebić się na rynku Północnej Nadrenii-Westfalii?
PW: Północna Nadrenia-Westfalia jest z kilku względów atrakcyjnym rynkiem dla polskich projektantów i producentów. To ogromny i chłonny rynek, do tego − w sąsiedztwie i niedalekiej odległości od Polski. To bardzo interesujący rynek dla polskich producentów w prawie wszystkich branżach. Szanse na przebicie rysują się zarówno w odniesieniu do handlu detalicznego i hurtowego, jak i w dotarciu do konsumenta finalnego.
RM: Co należy wziąć pod uwagę, jakie warunki spełnić, by faktycznie zaistnieć na niemieckim rynku?
PW: Działalność gospodarcza wiąże się zawsze z ryzykiem, dlatego wymaga dobrego przygotowania. Warunki wyjściowe są takie same zarówno dla niemieckich, jak i dla polskich firm. Pierwszym krokiem jest obiektywna analiza konkurencyjności swojego produktu.
Firmom z Polski polecam zainwestowanie w wyjazd studyjny do Północnej Nadrenii-Westfalii. Program powinien obejmować zarówno udział w targach, jak i wizyty w sieciach handlowych, butikach, także we wzorcowniach. Targi branżowe i stałe ekspozycje umożliwiają rozpoznanie, z kim rywalizujemy, a poza tym otwierają możliwość nawiązania kontaktów z przedstawicielami handlowymi i potencjalnymi importerami. Organizacja NRW Invest GmbH służy chętnie jako pierwszy adres kontaktowy. Nasz serwis obejmuje doradztwo w zakresie sytuacji rynkowej. Na dalszych etapach wspieramy producentów w poszukiwaniu powierzchni i biur oraz w procedurach rejestracji i zakładania przedstawicielstw bądź firmy. Z reguły pozostajemy w kontakcie z firmami na długo po rozpoczęciu działalności na terenie Północnej Nadrenii-Westfalii.
RM: Co decyduje o długofalowym sukcesie na rynku w Północnej Nadrenii-Westfalii i w ogóle − w Niemczech?
PW: Cechą charakterystyczną niemieckiego rynku jest silna konkurencja. Przygotowanie do wejścia na ten rynek powinno zatem przebiegać według zachodnich wzorów i reguł. Kluczem do sukcesu na niemieckim rynku jest stały bezpośredni kontakt z partnerami, z tymi osobami, z którymi współpracujemy. Skuteczny przedstawiciel handlowy oraz obecność na miejscu w formie choćby skromnego przedstawicielstwa lub firmy to nieodzowne warunki powodzenia.
RM: W jaki sposób NRW Invest jest w stanie pomóc polskim firmom z branży mody w wejściu na rynek Północnej Nadrenii-Westfalii?*
PW: Północna Nadrenia-Westfalia to region bardzo różnorodny i zróżnicowany pod względem branż. Z zasady doradzamy firmom − i obsługujemy je − przez dłuższy czas. Od fazy wstępnych przygotowań, poprzez podjęcie działalności, aż do chwili zakorzenienia się na rynku. Wymogi i potrzeby, z jakimi firmy zgłaszają się do nas, są bardzo różne. I tak, informujemy na przykład o zagadnieniach związanych z prawem pobytu bądź niemieckim prawem pracy. Istotną kwestią jest wybór właściwej lokalizacji firmy. Dalsze problemy, które pomagamy rozwiązać, to wybór właściwej formy prawnej i dobór kwalifikowanej kadry. Już po rozpoczęciu działalności pomagamy firmom zadomowić się i pracować na sukces. Odwiedzamy je regularnie, zapraszamy na spotkania i rozmowy, aby pozostać w stałym kontakcie i budować stabilne relacje z innymi firmami i placówkami, które działają już w danej branży.
RM: Czy może Pani podać przykłady zagranicznych firm, które zdecydowały się na lokalizację w Północnej Nadrenii-Westfalii i były obsługiwane przez Państwa?
PW: Zwykle producenci wchodzący na nasz rynek mają już dość precyzyjne wyobrażenia o swoich projektach inwestycyjnych. By szczegółowo poznać potrzeby, z jakimi zgłaszają się do nas zainteresowane firmy, opracowaliśmy kompleksową ankietę. Nasi eksperci analizują na tej podstawie zamierzony projekt i oferują adekwatne rozwiązania i lokalizacje. Następnie organizujemy i nadzorujemy cały tryb podjęcia działalności, aż do pomyślnego zakończenia.
We wrześniu 2009 spółka NRW Invest obsługiwała europejsko-amerykańską firmę handlową TK Maxx, poszukując odpowiedniej lokalizacji w Północnej Nadrenii-Westfalii. Do wyboru mieliśmy ponad dziesięć miejsc. Oczywiście, o każde z nich rywalizowały inne ośrodki na terenie całych Niemiec. W styczniu bieżącego roku odbyły się pierwsze intensywne rozmowy z władzami firmy i z końcem lutego zapadła decyzja o lokalizacji w mieście Bergheim, gdzie ta inwestycja pozwoli stworzyć 1.000 nowych miejsc pracy. Firma zdecydowała się na powierzchnię prawie 70.000 metrów kwadratowych i na początku marca nastąpiło wbudowanie kamienia węgielnego. Firma TK Maxx zamierza wykorzystać powstającą lokalizację w sercu Europy do dalszej rozbudowy swojej pozycji na niemieckim i europejskim rynku.
Inny przykład to turecka firma mody SARAR. Firma operuje globalnie. W roku 2000 otworzyła europejską centralę w Düsseldorfie. SARAR Europe zatrudnia w Północnej Nadrenii-Westfalii 40 pracowników i osiągnęła w roku 2008 obroty w wysokości 11,5 milionów euro. Firma ceni chłonność rynku i centralne położenie na kontynencie jako optymalne warunki dla dystrybucji. Do tego dochodzi doskonała infrastruktura, wysoko kwalifikowana kadra oraz otwarci na świat i kreatywni ludzie tutaj, na miejscu.
W lutym bieżącego roku korporacja ESPRIT, operująca w segmencie Lifestyle, zdeycdowała się na utworzenie, we współpracy z firmą logistyczną Liege, nowego centrum dystrybucji ESPRIT Distribution Center Europe w Moenchengladbach. To miasto z długą tradycją w branży tekstyliów i mody. Nad tym projektem pracujemy już od końca 2008 roku.
RM: Jak ocenia Pani możliwości kooperacji polskich projektantów i firm z branżowymi firmami w Północnej Nadrenii-Westfalii?
PW: Atrakcyjność Północnej Nadrenii-Westfalii dla polskich firm wynika zarówno z istniejących tu możliwości produkcyjnych, jak i handlowych. To ogromny rynek zbytu dla polskich produktów i usług. Ale także dla realizacji ciekawych pomysłów. Prężny partner na terenie Północnej Nadrenii-Westfalii pomoże polskim firmom wzmocnić pozycję na rodzimym rynku i otworzy dostęp do nowych rynków. Branża tekstyliów i mody jest jedną z 16 w Północnej Nadrenii-Westfalii, działającą na zasadach klastra. Sieć współpracy umożliwia przejęcie różnych zadań od firm i reprezentację interesów branży na zewnątrz. Do tego dochodzi kooperacja samych firm. Spółka NRW Invest współpracuje ściśle z organizacją ZiTex NRW – Zukunftsinitiative Textil NRW. Organizacja ta jest niezależnym związkiem przedsiębiorców branży tekstylnej i mody, skupionych na terenie naszego kraju związkowego.
RM: Dziękujemy za rozmowę i cenne wskazówki dla polskich inwestorów.
Rozmawiała: KARINA MORAWIETZ
Spółka NRW Invest GmbH jest główną instytucją kontakową dla firm zainteresowanych działalnością na tereinie Nadrenii Północnej-Westfalii. Potencjalnym inwestorom z kraju i zagranicy oferuje obsługę typu one-stop-service, począwszy od udostępnienia informacji dotyczących lokalizacji poprzez poszukiwanie powierzchni komercyjnych aż do pośrednictwa i wsparcia w rozmowach i procedurach uzyskiwania wymaganych pozwoleń. Jedynym właścicielem spółki NRW Invest GmbH jest kraj związkowy Nadrenia Północna-Westfalia. Poza spółkami-córkami działającymi w Japonii i Stanach Zjednoczonych, NRW Invest ma biura w Chinach, Indiach, Korei i Turcji.
Kontakt: NRW Invest GmbH, tel. 0049-211-13 000 0, mail: nrw@nrwinvest.om strona http://www.nrwinvest.com
Olga Nieścier – VIAMODA. Zarządzanie w sektorach mody.
O nowym kierunku studiów podyplomowych mówi Olga Nieścier, wykładowca Instytutu Polimoda i Dyrektor Programowy kierunków menedżerskich organizowanych w ramach Polsko-Włoskiej Szkoły Designu i Managementu VIAMODA.
Rynek Mody: Niedawno nagradzaliśmy Pani kolekcje jako studentki ASP, a dziś rozmawiam z wykładowcą renomowanego instytutu mody POLIMODA, konsultantką i projektantką takich firm, jak Armani Collezioni, Emporio Armani, Fratelli Rossetti, Burberry, Thes & Thes. To błyskawiczna kariera…
Olga Nieścier: Nie tak błyskawiczna, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Trochę się napracowałam. Może w świecie mody czas biegnie szybciej, bo dzieje się ciągle coś nowego? „Po drodze” byłam przecież szefem artystycznym eksperymentalnej marki odzieżowej Workshop, założyłam studio projektowe Wolan, współtworzyłam Towarzystwo Twórcze Prokadencja…
RM: …a teraz nazywają Panią importerem dobrych idei.
ON: Intensywnie pracuję przy powołaniu do życia i tworzeniu programu zupełnie nowego w Polsce kierunku studiów podyplomowych „Zarządzanie w sektorach mody”. Można to rzeczywiście nazwać importem dobrych idei, bo ten kierunek studiów powstał na wzór programu realizowanego we włoskim Instytucie Polimoda. Mógł powstać dzięki współpracy tegoż Instytutu z Polsko-Włoską Szkołą Designu i Managementu VIAMODA, a także znakomitą szkołą biznesową Akademią Leona Koźmińskiego.
RM: Zatem akcentowanie dobrych idei jest w pełni uzasadnione, bo VIAMODA oparła się o najlepsze wzorce.
ON: Tak, jako że Polimoda International Institute of Fashion Design & Marketing to uczelnia, która od lat kształci profesjonalistów mody, zarówno projektantów, konstruktorów jak i kadrę organizacyjną i zarządzającą, już na etapie szkoły tworząc realne środowisko zawodowe, wsparte doświadczeniem pedagogów praktyków oraz licznymi odbywanymi stażami. Studenci zyskują praktyczną świadomość mody jako biznesu. Dzięki międzynarodowej inicjatywie trzech uczelni podobny tryb nauczania dostępny jest wreszcie w Polsce w ramach zainicjowanego przez VIAMODĘ kierunku, za którego program odpowiadam.
RM: Komu VIAMODA oferuje swój program nauczania?
ON: Celem studiów jest kształcenie profesjonalistów branży mody. Intensywne studia podyplomowe adresowane są do absolwentów i młodych profesjonalistów. Do tych, którzy chcą zdobyć lub uzupełnić przygotowanie biznesowe lub projektowe o znajomość specyfiki organizacji i zarządzania dziedziną tak interdyscyplinarną, jaką jest moda, rozumiana jako odzież, a także akcesoria, kosmetyki, media, itp. Ta wiedza umożliwi im skuteczny rozwój zawodowy w wybranej dziedzinie.
RM: Zatem adresatami kierunku menedżerskego VIAMODY są nie tylko absolwenci szkól projektowania, plastycy, właściciele firm odzieżowych…
ON: Nie tylko. Studentami kierunku „Zarządzanie w sektorach mody” mogą być zarówno absolwenci kierunków biznesowych, chcący sprofilować swoją wiedzę w dziedzinie mody, jak też absolwenci kierunków projektowych, którzy chcą poszerzyć swoją wiedzę o znajomość organizacji i charakterystyki zarządzania. VIAMODA zaprasza wszystkie osoby rozwijające własną ścieżkę kariery w modzie, które potrzebują podnieść kwalifikacje zawodowe lub poszukują skonkretyzowania swojej roli zawodowej. Absolwenci będą mogli kontynuować studia bez dalszych egzaminów i po obniżonych kosztach na prestiżowych kursach „Master” Polimoda International Institute of Fashion Design & Marketing we Florencji.
RM: Na pewno VIAMODA myśli o przyszłości?
ON: Oczywiście, kolejna edycja kierunku „Zarządzanie w sektorach mody” ruszy już w październiku. Aktualnie trwa nabór chętnych i już dziś można powiedzieć, że zainteresowanie kierunkiem jest bardzo duże. W planach mamy także kolejne inicjatywy edukacyjne, o których, mam nadzieję, wkrótce będziemy mogli szerzej opowiedzieć czytelnikom „Rynku Mody”.
RM: Dziekuję za rozmowę, życząc sukcesów w odkrywaniu medżedżera w artyście i odwrotnie.
Rozmawiała: Hanna Gajos
Program zajęć prowadzonych przez specjalistów-praktyków z trzech współpracujących uczelni obejmuje:
- rozumienie rynku mody z perspektywy rozwoju i przemian społeczeństwa, kultury i ekonomii
- opanowanie solidnych podstaw przedsiębiorczości
- poznanie struktury i segmentacji rynku, rozumienie „systemu mody”
- znajomość organizacji i zarządzania przedsiębiorstw modowych
- znajomość cyklu powstawania produktów
- opanowanie podstaw marketingu oraz rozumienie specyfiki marketingu mody
- rozumienie technik komunikacji i promocji, budowania wizerunku marek
- poznanie konkretnych funkcji zawodowych w strukturze branży
- identyfikowanie możliwości własnego rozwoju zawodowego
- przygotowanie do dalszej nauki i pracy w środowisku międzynarodowym
Pełna informacja na http://www.viamoda.edu.pl
Elżbieta Sankowska – Rzetelność ma wdzięk
O modzie, kobietach z charakterem i mężczyznach do ubrania rozmawiamy z Elżbietą Sankowską, prezesem WARMII S.A.
rozmawiamy z Elżbietą Sankowską, prezesem WARMII S.A.
RYNEK MODY: W tym roku WARMIA, kierowana przez Panią od 15 lat, wkracza w drugie półwiecze. Czy te pięćdziesiąt lat jest dla Pani, osoby dużo młodszej od firmy obciążeniem czy źródłem siły?
ELŻBIETA SANKOWSKA: Z tą dużą różnicą wieku to przesada. Ja i firma jesteśmy niemal równolatkami, no zgoda, jestem młodsza. Gdy w 1995 roku wygrałam konkurs na dyrektora WARMII, raczej skupiałam się na przyszłości, na tym, co i jak należy zrobić, by zapewnić państwowemu przedsiębiorstwu trwanie i rozwój w nowych warunkach gospodarki rynkowej. Świadomość, że kiedyś pracowało tu ponad 2 tysiące osób i że to nigdy nie wróci, może skłaniać do refleksji o przemijaniu i w tym sensie być obciążeniem, ale i dla mnie, i dla pracowników było to raczej zobowiązanie, wyzwanie, żeby dać sobie radę, zapewnić pracę jak największej liczbie osób…
RM: …i wobec ilu to się udało?
ES: W ostatnich latach liczba pracowników WARMII to 900-1000 osób. I to oni są tym źródłem siły, o które pytała Pani przed chwilą. Poprzednie jubileusze uświadamiały mi, jaką wartością dla wielu osób była praca, na przykład, przez 40 lat w naszej firmie. Praca traktowana nie jak „możliwość zatrudnienia”, ale jak związek na całe niemal życie. Czasem, jak żartują niektórzy, związek bardziej poukładany niż małżeństwo, bo z gwarancją wierności obu stron.
RM: WARMIA nie ma kłopotów z kadrami? Sposób, w jaki mówi Pani o pracownikach, wyjaśnia sens zasłyszanej opinii, że dyrektor Sankowska to jednoosobowe związki zawodowe.
ES: To porównanie traktuję jak komplement, rzeczywiście „zawsze i wszędzie” podkreślam, że największą siłą WARMII są ludzie. Kłopoty z kadrami, jakie ma cała branża, u nas paradoksalnie wynikają dodatkowo z wieku firmy. Jak wiadomo, mistrzostwo jest pochodną doświadczenia, a doświadczenie pochodną lat przepracowanych w zawodzie. Jestem przekonana, że WARMIA miałaby szanse na zwycięstwo w konkursie przedsiębiorstw o największej liczbie mistrzów z długim stażem. Przy czym chodzi nie tylko o staż, ale przede wszystkim o rodzaj i jakość kwalifikacji. O unikalne umiejętności, potwierdzone opiniami naszych klientów. Tych w kraju i tych zagranicą. Od blisko 30 lat współpracujemy z renomowanymi markami, które lokują u nas przerób. Nasi kontrahenci przy każdym zleceniu podkreślają, że mistrzostwo naszych pracowników jest unikatowe w Europie, podobnie jak perfekcja wykonania. Jednak im więcej lat ma firma, tym częściej żegna mistrzów odchodzących na emeryturę. Zaczyna brakować konstruktorów, technologów i doświadczonych krawcowych, są problemy ze szwaczkami, bo ich zawód przestał być ceniony z chwilą, gdy „obszywanie” siebie i rodziny straciło ekonomiczne uzasadnienie. Bywa, że właśnie z braku szwaczek jesteśmy zmuszeni do rezygnacji ze zlecenia, albo lokujemy je u podwykonawców. Oczywiście u takich, którzy gwarantują solidne wykonanie.
RM: To ostatnie zdanie zabrzmiało jak rozkaz. Czy ta zdobiąca Pani biurko statuetka w kształcie maczugi, trofeum w konkursie „Kobieta z charakterem” ma związek z tym generalskim tonem?
ES: Zapewne ma. WARMIA należy do firm nagradzanych często, hojnie i za różne osiągnięcia. Jednak najcenniejszy jest dla mnie certyfikat „Rzetelna Firma” 2009, a szczególnym sentymentem darzę właśnie tę maczugę.
RM: Za docenienie w „kobiecie z charakterem” zdecydowania i finezji, solidności i wdzięku, za osobisty charakter nagrody?
ES: Myślę, że także za docenienie tej wartości, jaką jest „kobiecość i charakter” całej załogi WARMII, której 88% stanowią kobiety. Kobiety z natury mają wpisane w charakter takie cechy, jak wola trwania, nastawienie na przyszłość, odpowiedzialność, solidność, zdrowy rozsądek. W czasie, gdy wiele firm popadało w tarapaty, traciło płynność finansową, nasza firma ani dnia nie zalegała z żadną płatnością. Stąd wspomniany wyżej certyfikat „Rzetelna firma”. Często przy różnych okazjach pytano mnie, jak Pani to robi? A że pytali przeważnie panowie, ja odpowiadałam, że rzetelnie i z wdziękiem. I dodawałam, że wiele wyjaśnia to, że pracuję głównie z kobietami.
RM: Zapewne o to, jak Pani sobie radzi, pytali także koledzy z branżowej organizacji unijnej, gdzie reprezentowała Pani polskich przedsiębiorców. Jak oni postrzegali „przedsiębiorstwo państwowe”, jakim do 31 grudnia 2009 była WARMIA?
ES: Jak twór egzotyczny. Byli przekonani, że jesteśmy utrzymywani przez państwo, próbowali zrozumieć nasz sposób funkcjonowania przez analogię ze znanymi im firmami chińskimi. Gdy do Unii przystąpiła Bułgaria i Rumunia, było mi trochę raźniej, bo tam państwowe zakłady odzieżowe funkcjonują do dziś.
RM: Czy komercjalizacja WARMII zmieni jej pozycję na rynku? Co te dwie litery – S.A., oznaczają od 1 stycznia 2010 dla Pani, pracowników, dla charakteru oferty?
ES: Teraz jesteśmy spółką Skarbu Państwa. To po prostu inna forma prawna , której funkcjonowanie reguluje Kodeks Spółek Handlowych. Dla mnie to zmiana nomenklatury – nie będę dyrektorem a prezesem, no i większa odpowiedzialność. Natomiast ani pracownicy, ani zleceniodawcy, ani klienci nie powinni odczuć zmiany kierowania firmą. Nie zmieni się ani asortyment, ani profil produkcji. Planujemy, że w dalszym ciągu 65% stanowić będą przeszycia dla kontrahentów zagranicznych, a 35% kolekcje własne. Filarami naszej kolekcji nadal będą płaszcze, zasadą – najwyższa jakość, a mottem – „Ubieramy w dobrym stylu”.
RM: W czasie poluzowania norm i kanonów WARMIA stawia na wartości sprawdzone: dobry gust i solidność. To awangarda marketingu, niedawno w reklamie usług bankowych przeczytałam, że solidność jest sexy…
ES: …bo jest, zawsze była, cokolwiek to znaczyłoby w różnych sferach życia. Tylko niektórzy o niej zapomnieli. Szybko jednak zostali przywołani do porządku przez konsumentów, dla których wytyczną podczas zakupów jest zdrowy rozsądek. Posłużę się przykładem z firmowego podwórka. Lansując wzorzec kobiety-dziewczynki, moda zamieniła płaszcze na płaszczyki. Małe, blisko ciała, bardziej dekoracyjne niż ocieplające. Klasyczny płaszcz z flauszu miał być odwieszony do lamusa i czekać na lepsze czasy. WARMIA potraktowała te prognozy jak sugestię, a nie bezwarunkowy nakaz. Do jesiennej kolekcji włączyliśmy pięć modeli klasycznych, wełnianych, długich płaszczy. I te sprzedały się najlepiej. Ponieważ taki płaszcz jest w naszym klimacie bazą, podstawowym okryciem w szafie każdej kobiety.
RM: Zwłaszcza, że w tym sezonie najskuteczniejszą stylistką okazała się sroga zima. A co WARMIA typuje na przebój wiosennej firmowej kolekcji?
ES: Zgodnie z modą WARMIA stawia na różnorodność form. Namawiając do dobrego stylu, oferuje nowoczesną, funkcjonalną klasykę w trzech liniach Exclusive, Classic Club i City Look. To nasz tradycyjny, firmowy podział, akcentujący kolejno: wyrafinowaną elegancję, stonowaną klasykę i casual. W wersjach dla Niej i dla Niego. Nasi klienci oczekują mody przystosowanej do ich sylwetek i stylu życia. Z roku na rok „odmładzamy” grupy adresatów naszych kolekcji, nie zapominając o różnych ułatwieniach w korzystaniu z mody. I tak w modzie damskiej są to linie, np. X, H, A, dostosowane do takich sylwetek, jakimi kobiety obdarzyła natura. Z kolei w kolekcji męskiej są to kolory, które łączą się „mimochodem” oraz linia wyszczuplająca sylwetkę. Płaszcze i kurtki indywidualizowane dyskretnymi, wypracowanymi detalami – to kolejna firmowa specjalność – mają gwarantować naszym klientom dobre samopoczucie. A pewność siebie, dobre samopoczucie zapewnia nie tylko forma, kolor czy linia, ale przede wszystkim komfort ubrania. A w tej dziedzinie WARMIA osiągnęła mistrzostwo, niezależnie od sezonu czy płci adresata kolekcji.
RM: Jednak przyzna Pani, że formułę „rzetelności z wdziękiem” chętniej i szybciej akceptują kobiety. Mężczyźni są bardziej zachowawczy, ostrożniejsi, najchętniej klonowaliby kurtki sprzed lat, zapominając często, że kupowali je na tamte sylwetki. Czy, ubierając mężczyzn od lat, WARMIA odnotowuje ostatnio ich większą otwartość na modę?
ES: Na pewno obserwujemy większą otwartość na modną wygodę i zwyżkujące zainteresowanie jakością. Bądźmy jednak dobrej myśli, doradcami i stylistkami swoich mężczyzn są przecież kobiety. Kobiety z charakterem i umiejętnościami perswazji. Jestem przekonana, że dzięki nim, także dzięki naszej ofercie, panowie też będą w coraz lepszym stylu.
RM: Gratuluję optymizmu, życząc kobiecie – i firmie – z charakterem powodzenia w realizacji celów i planów.
Rozmawiała: Hanna Gajos
Hanna Gajos – Z czym w świat?
Potencjał mody i przemysłu mody
Ministerstwo Gospodarki ogłasza nabór propozycji dotyczących branż, grup produktowych lub usługowych, które mają potencjał, aby wykreować specjalności eksportowe polskiej gospodarki. To prowokuje do refleksji, jak wygląda potencjał szeroko rozumianego przemysłu mody? Co może być polską specjalnością w dziedzinie tworzenia i wytwarzania mody?
Zwykle, odpowiadając na pytanie o specjalność, skupiamy się na wybranych działach mody, np. płeć lub wiek adresata, albo rodzaj surowca. Mówimy np. o bieliźnie, modzie damskiej, męskiej, młodzieżowej, odzieży ze skóry lub dżinsu. Myślę jednak, że niezależnie od potencjału poszczególnych działów, warto na sprawę szans polskiej mody zagranicą spojrzeć inaczej. Pokusić się o odpowiedź na pytanie, czego od mody oczekują dziś konsumenci i czy polska moda, i polski przemysł mody mają szanse “wstrzelić się” w te oczekiwania.
KREACJA I TALENTY
Odkrywając wyobraźnię od segmentów asortymentowych, spojrzawszy na modę jako na kreację i wytwórczość, dochodzimy do wniosku, że zarówno w wymyślaniu, jak i wytwarzaniu mody mamy wiele do zaoferowania. Często polskie firmy odzieżowe w codziennej gonitwie, borykając się z problemami, jakie doskwierają wszystkim przedsiębiorcom, przytłoczone niepewnością czy rynek zaakceptuje kolejną kolekcję, nie doceniają własnych atutów. A mamy je zarówno w dziedzinie kreacji, jak i wytwórczości. O potencjale polskich projektantów świadczą nie tylko gale dyplomowe wiodących szkół, takich jak łódzka ASP czy krakowska SAPU, także kolekcje prezentowane podczas konkursu Złota Nitka, ale przede wszystkim kolekcje autorskie, twórczość sygnowana własnym nazwiskiem, jaką ostatnio możemy oceniać choćby w Alei Projektantów, podczas FashionPhilosophy Fashion Week Poland.
Są wśród ich autorów projektanci-artyści, którzy przewrotnie deklarują, że nie oferują “aktualnych trendów”, ale styl. Podkreślają w ten sposób, że nie stają do wyścigu po inspiracje z wiodących światowych marek, że nie zamierzają powielać cudzych pomysłów. Jestem przekonana, że oryginalność wielu z nich, wsparta odpowiednimi narzędziami promocyjnymi, to dobry towar eksportowy.
MODNA ZACHOWAWCZOŚĆ
Kiedy chce się ruszyć w świat, warto zadać sobie pytanie, kogo chcemy tam ubrać i za którą granicą, bo choć oczekiwania na zachodzie i na wschodzie są podobne, gdy idzie o jakość, to przecież bywają różne, gdy idzie o estetykę, np. stopień dekoracyjności ubrań. To jednak temat na inne opowiadanie, chociaż istotny przy podejmowaniu konkretnych decyzji.
Zanim jednak dojdzie do formułowania misji firm ruszających w świat, warto przypomnieć, jaka jest wizja rozowju rynku mody i co z niej wynika.
Jeszcze przed kryzysem prognozowano, że kierunki rozwoju mody w najbliższych latach będą wyznaczać: kreatywność, oryginalność, innowacyjność, indywidualizm, jakość. Wszystko to potwierdzone marką. Wtedy jeszcze o korzystnej relacji między jakością a ceną wspomniano rzadko, bo w wielu przypadkach kłóciłoby się to z punktem ostatnim – rangą marki. Przecież główną miarą jej ekskluzywności była często maksymalnie wywindowana cena. Przyszedł kryzys i najsłynniejsze marki, bardziej wykreowane przez marketing niż np. innowacyjność propozycji, zaczęły mieć kłopoty. Klient zorientował się, że przepłaca, a ile przepłaca dowiedział się podczas wyprzedaży sezonowych i całorocznych – w outletach. Po kryzysowym prysznicu nadal chce kupować ubrania modne, ale zdecydowanie tańsze. Jest też radykalniejszy w oczekiwaniach, że marka będzie oznaczać oryginalną, niepowtarzalną stylistykę. I to jest prezent od kryzysu dla polskich, niewielkich firm, które od zawsze cierpiały na niedosyt nowoczesnych narzędzi marketingowych “kreujących potrzeby klienta”. Ten niedosyt był często powodem kompleksów i poczucia zaściankowości. Dziś, gdy klienci mody na rozwiniętych rynkach buntują się przeciwko marketingowym “trikom i mykom”, paradoksalnie, atutem naszych firm może być “pewna zachowawczość” struktur i sposobu zarządzania. Co więcej, może być naszą siłą, a nawet – specjalnością eksportową. Bowiem tylko w niewielkiej firmie, przypominającej strukturą dom mody lub pracownię krawiecką, można rzetelnie odpowiedzieć na takie oczekiwania, jak – kreatywność, oryginalność, jakość i co najważniejsze, korzystna relacja między jakością a ceną. I to mogą być nasze kolejne specjalności “na wynos”, którymi warto i należy podzielić się z innymi.
JAKOŚĆ I CENA
Klienci w krajach rozwiniętych przyzwyczaili się już do jakości, ale w czasie dekoniunktury odrzucili nierozsądnie wysokie marże, kojarząc je z rekompensatą kosztownych reklam i akcji PR. Tymczasem wysoka cena była często sztucznym wyznacznikiem ekskluzywności i luksusu − wartości tym silniej pożądanych, im są bardziej niedostępne. Teraz klienci odzieżowych marek chcą rozsądnych cen i domagają się kupieckiej solidności. Rezygnacja z drogich marek otwiera pole dla tych, które są tańsze, oferując jednocześnie kolekcje na wyższym poziomie estetyki i jakości niż sieciowa oferta. I taką estetykę, jakość oraz cenę są w stanie zaoferować polskie firmy – dziś marki lokalne, które mając pomoc na pochwalenie się swymi atutami, a więc wówczas, gdy zyskałyby rangę eksportowej specjalności, miałyby szanse na sukces eksportowy. Przecież jakość, kunszt krawiecki, nowoczesne technologie nie są obce firmom od lat szyjącym na zlecenie marek zachodnich, aby zarobić na wykreowanie marki własnej.
JAK Z DOMU MODY
Klienci na rynkach zachodnich są znużeni i zmęczeni ofertą „mody z sieci”. Wiedzą, że rolę zbiorowego kreatora w globalnych handlowych konsorcjach pełnią zaopatrzeniowcy, którzy z ochotą przystali na miano stylistów. Jeżdżąc w regiony taniej wytwórczości, z gotowych anonimowych ubrań składają firmowe kolekcje. Bywa więc, że klient w dwóch, trzech markach, także tych aspirujących do ekskluzywności, ogląda identyczne krojem rzeczy, chociaż każda z firm gwarantuje mu niepowtarzalność. To wywołuje coraz częściej tęsknotę do prawdziwej oryginalności, jaką jest w stanie zagwarantować tylko własny krawiec. Rolę takiego krawca mogą pełnić niewielkie, mobilne, elastycznie zarządzane firmy, czyli takie, jakie przeważają na polskim rynku. Jednak pod warunkiem, że odtworzą strukturę domu mody, czyniąc kreatorami projektantów-zawodowców, a nie hobbystów z najbliższej rodziny. Drugi warunek to dostępność do nowoczesnych urządzeń, np. takich jak, skaner 3D eliminujący uciążliwość przymiarek i poprawek, a gwarantujący efekt „szycia na miarę”. Ponieważ szanse na dostępność do innowacyjnych urządzeń rosną, co jest zasługą specjalistycznych centrów − powstających np. przy klastrach, każda ambitna firma może oferować kolekcje jak z domu mody, a to już jest „ekskluzywna specjalność eksportowa”.
SZYCIE JEST SZTUKĄ
Specjalnością eksportową, nadal bardzo wysoko cenioną na zachodzie, jest polskie wykonawstwo odzieży. Wiele szwalni przypomina atelier krawca, tyle że przemysłowego. Nowoczesne polskie krawiectwo, tym różni się od tradycyjnego, że mało rzeczy wytwarza ręcznie, ale precyzją wykonania dorównuje mistrzom. Coraz częściej nowoczesne maszyny w nowoczesnych szwalniach pozwalają na uzyskanie efektów porównywalnych z rękodziełem artystycznym − wymóg oryginalności i jakości. Takich efektów oczekują i takich wytwórców poszukują wiodące europejskie marki. Potrzebują nowoczesnych szwalni dysponujących urządzeniami odtwarzającymi kunszt mistrzów rękodzieła. Takie szwalnie są w Polsce − wyposażone w nowoczesną technikę, zdolne do realizacji zleceń mody butikowej, mody krótkich serii stały się już naszą eksportową specjalnością.
PREZENT CHWILI
Listę takich specjalności można by uzupełnić wieloma punktami np. talentami projektantów i inżynierów mody, których specjalnością jest twórczy eksperyment. To też atrakcyjny towar eksportowy. Jak widać, atutów, aby wejść na listę liderów eksportu, przemysł mody ma wiele. W dodatku kryzys zmienił postrzeganie zachowawczości i ostrożności niewielkich firm odzieżowych. Cechy te przeistoczył w cenione na świecie, niemal awangardowe zalety.
Hanna Gajos
Monika Sternik, Piotr Szymański, Paweł Zygmunt, Marcin Krupiński, Seweryn Pawlik – Sonda, ciąg dalszy. Jaki był rok 2009, jaki będzie 2010?
2010. Będzie lepiej
W pierwszym numerze datowanym 2010 nadal podsumowujemy rok 2009, aby opiniami Czytelników wytyczyć kierunki działania na najbliższe miesiące. Wszyscy mają nadzieję, że najgorsze jest już za nami.
MONIKA STERNIK kierownik działu sprzedaży i marketingu ARIADNA S.A. Fabryka Nici w Łodzi
Jaki był rok 2009 – dla mnie dobry, dla mojej firmy – myślę, że dobry. Plan sprzedaży w 2009 roku w ARIADNIE został wykonany, a nawet przekroczony, osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki finansowe. Oczywiście, jak praktycznie wszystkie firmy w Polsce, nas również dotknął kryzys. Nasze wyroby to przeważnie półprodukty stosowane przy produkcji innych wyrobów. ARIADNA współpracuje z wieloma sektorami rynku – takimi jak odzieżowy, obuwniczy, meblarski, poligraficzny czy dekoracyjny, a te branże, jak wiemy, mocno, ale w sposób niejednakowy odczuły skutki kryzysu. Już w drugiej połowie 2008 roku zauważyliśmy, zmniejszone zakupy a nawet bankructwa naszych klientów. Przenoszenie produkcji firm odzieżowych na Daleki Wschód, tani import odzieży i obuwia z tamtego kierunku nie wróżył niczego dobrego. Nastawiliśmy się na to, że w 2009 będzie ciężko, dlatego strategię firmy i działania marketingowe przygotowaliśmy według formuły – „uszyte na miarę”. Założone cele zrealizowaliśmy. Czegóż więcej chcieć – w kryzysowym 2009 roku – w którym problemy gospodarcze objęły cały świat, a najdotkliwiej odcisnęły swe piętno w krajach, na które niejeden z nas patrzył wcześniej z zachwytem? Jaki będzie rok 2010? Nie wiem, zobaczymy. Mam nadzieję, że również dobry dla mnie, pracowników ARIADNY, no i samej firmy ARIADNA. Plany przygotowywaliśmy odważnie, ale realnie. Budżet marketingowy założyliśmy w wersji oszczędnościowej, bo czeka nas następny rok kryzysu. Ale weszliśmy w ten rok jak zwykle z nadzieją realizacji naszych planów. ARIADNA się nie poddaje, walczy z kryzysem i jak na razie wygrywa. Oczywiście należą się za to przede wszystkim podziękowania dla naszych wspaniałych, lojalnych klientów, którzy z ARIADNĄ przetrwali już niejeden kryzys. W ciężkich czasach należy planować rozsądnie i niekoniecznie ze strachem w oczach. Na targi jeździliśmy, jeździmy i będziemy jeździć, nowości wprowadzaliśmy i będziemy wprowadzać. Można powiedzieć, że ARIADNA do kryzysu przygotowywała się już od dawna. Nie staliśmy w miejscu, wdrażaliśmy nowe technologie, kupowaliśmy nowoczesne wysoko wydajne maszyny, wprowadziliśmy do produkcji i oferty ARIADNY nowe produkty, jakimi są wyroby pikowane i taśmy pasmanteryjne. W ten sposób staraliśmy się zwiększyć wolumen sprzedaży na trudnym, pod względem konkurencyjności, rynku. Ze swoimi produktami wchodziliśmy do różnych branż, wiedząc, że oparcie się na jednej bywa niebezpieczne. Wiadomo, że sytuacja w Polsce nie jest łatwa. Surowce, energia elektryczna i paliwa zdrożały i nadal drożeją. Ze względu na duży popyt wewnętrzny Chin drożeje poliester i bawełna, dlatego, aby przetrwać, musimy planować i reagować w odpowiedni sposób, Ja jestem z natury optymistką i wierzę, że ARIADNIE się uda i tego samego oczywiście życzę wszystkim Czytelnikom PRZEMYSŁU MODY – INNOWACJE. Dlatego w roku 2010 na kalendarzu ARIADNY pojawiło się hasło nawiązujące do mitologii, które brzmi – Z nami pokonasz każdy labirynt.
PIOTR SZYMAŃSKI właściciel BENETEX F.H.
Miniony rok zaczął się ogólnym zastanawianiem, jak firmy będą funkcjonować w dobie jednego z największych kryzysów gospodarczych. Przekładało się to na psychologiczne osłabienie aktywności, bo skoro jest kryzys, to wszystko idzie gorzej. Rzeczywistość była na szczęście lepsza. W przypadku naszej firmy, BENETEX, pierwsze półrocze rozpoczęło się od niestety kryzysowego wydarzenia, którym było zakończenie działalności przez reprezentowanego przez nas w Polsce od 16 lat belgijskiego producenta nici BST. Szybko się jednak z tym uporaliśmy, zastępując nici BST odpowiednikami innych producentów, których zostaliśmy przedstawicielem w Polsce. Są to francuski producent nici trudno palnych – SCHAPPE, holenderski producent nici poliestrowych – FORBITEX i grecki producent nici bawełnianych i poliestrowo bawełnianych – MOUZAKIS. Każdy z nich jest specjalistą w swojej dziedzinie. Co się zaczęło źle, dobrze się skończyło i już w drugim półroczu mieliśmy tego efekty w postaci rozwoju sprzedaży nici. BENETEX już przed wielu laty zmienił strategię działania, stając się przedstawicielem kilku dostawców, uzupełniających się dodatków krawieckich oraz tkanin. Tendencja ta była kontynuowana także w ubiegłym roku. Rozszerzyliśmy naszą ofertę o napy i taśmy odblaskowe znanych producentów europejskich, którzy jeszcze nie byli w Polsce reprezentowani. To pozwala nam na stały rozwój, nawet wbrew osławionemu w zeszłym roku kryzysowi. Drugie półrocze 2009 roku stwarza wielkie nadzieje na poprawę sytuacji. Mamy, więc nadzieję, że producenci odzieży w nowym roku wejdą na drogę wzrostu. Choć trudno na powrót najlepszych dla naszej branży lat, już dawno minionych, to na pewno wielu ludzi zaangażowanych w tekstylia będzie nadal aktywnie działać. Natomiast BENETEX będzie zawsze starał się dostarczać swoje produkty zgodnie ze swoim przesłaniem, że każdy dodatek ma znaczenie. Chcemy przekonać firmy, które nie są jeszcze naszymi klientami, że jesteśmy polskim „oknem” do świata wiodących producentów dodatków krawieckich i tkanin.
PAWEŁ ZYGMUNT prezes zarządu ELMATEX Sp. z o.o.
Rok 2009 był pierwszym rokiem działalności ELMATEXU w nowej siedzibie spółki. Nasze obawy, że klienci przyzwyczajeni od ponad 20 lat do starego miejsca nas opuszczą, okazały się na szczęście nieuzasadnione. Nowy lokal – a dzięki temu lepsza obsługa klienta, spotkały się z uznaniem naszych odbiorców. Zaowocowały budowane od lat partnerskie stosunki i rzetelność sprawdzonego dostawcy. Poprzez znaczne zredukowanie kosztów utrzymania dawnych budynków i terenu udało się nam utrzymać konkurencyjność na rynku i nie musieliśmy zwalniać pracowników. Sprzedaż okazała się nieco mniejsza niż w roku 2008, ale spadające w branży odzieżowej zapotrzebowanie na igły pokryliśmy zwiększonymi dostawami dla branży meblowej i samochodowej. Spadek sprzedaży ubrań dotknął nie tylko polskich producentów, ale również importerów, co dobitnie świadczy, że w czasie kryzysu ludzie kupują mniej odzieży. Nasza strategia musi się, niestety, opierać tylko i wyłącznie na sprzedaży krajowej. Nie możemy reeksportować towaru na inne rynki. Dlatego również w roku 2010 nie możemy liczyć na wzrost obrotów. Kryzys w branży konfekcyjnej prawdopodobnie pogłębi się. Wielu producentów ma potwierdzone zamówienia tylko na początek roku. Firmy-zleceniodawcy nadal będą przenosić produkcję na południe Europy i do Azji, a zakładany (i już odczuwalny) wzrost wartości złotówki w stosunku do euro spowoduje spadek opłacalności eksportu. Spadek sprzedaży samochodów wpłynie na zmniejszone zapotrzebowanie na tapicerkę samochodową. Jedynie w branży mebli tapicerowanych można liczyć na wzrost obrotów. Utrzymanie w roku 2010 poziomu sprzedaży igieł i akcesoriów krawieckich na poziomie roku 2009 będzie naszym sukcesem. Najważniejszy, tak jak do tej pory, będzie nasz wysoki standard obsługi klienta oraz serwis techniczny i doradztwo. Jednak, mam nadzieję, że moje pesymistyczne prognozy się nie sprawdzą.
MARCIN KRUPIŃSKI dział sprzedaży INTEX
Jaki był rok 2009? Był trudny ze względu na niesprzyjającą nowym inwestycjom atmosferę. Atakowani wieściami o nieuchronnym kryzysie Klienci wstrzymywali decyzje o unowocześnieniu parku maszynowego. Niestety, dla niektórych był to ostatni rok istnienia na rynku, co przyjęliśmy do wiadomości z wielkim smutkiem. Stagnacja była szczególnie widoczna podczas imprez targowych. Dużym problemem był, także niestabilny kurs euro i brak przemyślanej strategii wspomagania polskich przedsiębiorstw, które muszą się borykać ze złą jakościową, ale tanią odzieżą z Dalekiego Wschodu.
W Nowy Rok wchodzimy z przeświadczeniem, że Klienci, którzy przetrwali niedawne trudne chwile, zechcą zwiększyć swoją konkurencyjność poprzez inwestycje w innowacyjne technologie. Oszczędność nie może być mylona z nieprzemyślanym ograniczaniem wydatków na unowocześnianie produkcji. Jako dostawca komputerowych systemów przygotowania produkcji będziemy szczególnie promować system automatycznego tworzenia i optymalizacji układów kroju AccuNest. Wprowadzamy także na rynek nowe urządzenia do wyposażenia automatycznych krojowni. Chcemy przekonać producentów odzieży do oszczędności surowca i nakładu pracy poprzez przemyślane inwestycje w sprzęt sprawdzonych dostawców. Jesteśmy przekonani, że – dzięki rosnącym wymaganiom konsumentów – jakość odzieży będzie decydować o konkurencyjności na rynku.
SEWERYN PAWLIK kierownik ds. marketingu firmy EPUS
Spadająca sprzedaż i rosnące koszty spowodowały, że rok 2009 był trudnym okresem dla producentów w branży odzieżowej i obuwniczej. To efekt spadku popytu i poziomu wydatków na odzież i obuwie wskutek rosnącego bezrobocia, wolniejszego wzrostu płac oraz gorszych nastrojów konsumenckich wywołanych kryzysem finansowym i gospodarczym w Polsce i na świecie. Równocześnie był to czas weryfikacji strategii oraz podejmowania kluczowych decyzji na temat planów dotyczących przyszłych działań. Na szczęście przewidywania na 2010 rok są już bardziej optymistyczne. Mimo różnych skrajnych opinii w branży, ze spokojem możemy powiedzieć, że najgorsze już jest za nami. Był to bardzo trudny dla nas okres, pełen wątpliwości oraz negatywnych sygnałów z rynku. Wielu naszych odbiorców zakończyło działalność, bądź w dość poważny sposób ograniczyło własną produkcję. Główną przyczyną problemów rodzimych producentów było ograniczenie konsumpcji. Potencjalny klient zmuszony był do zmniejszenia zakupów ubrań i butów. Sytuację producentów dodatkowo pogarszał wzrost kosztów w związku z niskim kursem złotówki – rosną czynsze w euro w centrach handlowych oraz koszty importu towarów. Ta sytuacja działała na nas mobilizująco i determinowała do jeszcze większej aktywności w poszukiwaniu nowych rozwiązań, gwarantujących porównywalny poziom przychodów z rokiem ubiegłym. Z dużą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, iż udało nam się to. Mimo słabszych wyników, dotyczących sprzedaży krajowej w porównaniu z rokiem ubiegłym, możemy pochwalić się znacznym wzrostem sprzedaży eksportowej, która docelowo zbilansowała nasz ogólny wynik finansowy. Ponadto istotnie ograniczyliśmy koszty, bardzo wnikliwie analizując każdą wydatkowaną złotówkę. Kolejnym sukcesem jest fakt, że nie odbyło się to kosztem pracowników, nie spowodowało obniżki wynagrodzeń ani poziomu zatrudnienia. Niestety nie wszyscy w branży poradzili sobie tak dobrze jak firma EPUS. Firmy o podobnym profilu produkcyjnym musiały ograniczać zatrudnienie lub w najgorszym przypadku wyprzedawać majątek. Umożliwiło to naszej firmie pozyskanie dodatkowych odbiorców i zwiększenie udziału w rynku bez większych nakładów finansowych. Nasza strategia, związana z uatrakcyjnieniem oferty o nowe produkty – drukowane na materiałach typu poliester i satyna oraz na kartonie – doskonale uzupełniała wachlarz dotychczas oferowanych produktów tkanych, takich jak etykiety żakardowe, taśmy tkane, które zajmują wiodącą pozycję w sprzedaży. Aby zaspokoić najbardziej wymagających odbiorców, wprowadzamy nowe możliwości, gwarantujące odwzorowanie grafiki zbliżone do druku – super high definition. Z umiarkowanym optymizmem patrzymy w przyszłość, gdyż największa fala recesji jest już za nami. Liczymy jednocześnie, że powrócimy to trendu wzrostowego już w pierwszym kwartale tego roku, jeżeli chodzi o sprzedaż. Potwierdzi to nasze aspiracje dotyczące dalszych inwestycji oraz ciągłego doskonalenia oferty.
Hanna Gajos o tym, ile mody jest w modzie? Kryzys wymusił rewizję takich pojęć jak moda, styl, trendy i luksus…
Witryny sklepów są coraz ciekawsze, wnętrza przestronniejsze, zaaranżowane wedle zasad, jakie poznajemy na lawinowo mnożących się szkoleniach. Sprzedawcy, których ambitny handel nazywa stylistami, często przebierają manekiny, umieszczają najatrakcyjniejsze rzeczy na wysokości wzroku. A klient wchodzi, snuje się po sklepie, przybierając postawę pełną dystansu. Czasem zatrzyma się przy jakimś wieszaku, ale jest niemal pewne, że na pytanie – w czym mogę pomóc?, odburknie – mam dwa okna do umycia, lub coś w tym rodzaju, po czym oddali się z godnością. Najprawdopodobniej wróci na hasło wyprzedaże, a już na pewno, gdy będą oferowały „minus 70%”. Wtedy wyraźnie straci dystans, zyskując energię i cierpliwość do grzebania godzinami w koszach z okazjami. Podczas wyprzedaży marki sieciowe są w stanie upłynnić zapasy magazynowe, a szafach łowców okazji przybywa rzeczy, których nigdy nie włożą. Czy na takiej cyklicznie powtarzającej się sytuacji można budować przyszłość rynku mody?
OD UMIARU DO NADMIARU
Traktując modę historycznie, dowiemy się, że jej istotą najpierw było wyróżnienie i upiększenie „obiektu”, oczywiście zgodnie z aktualną estetyką. Następnie – zapewnienie identyfikacji z grupą oraz poszukiwanie nowych form kompromisu między cielesnością a stosownością. Przy realizacji tych celów od czasów, gdy Wielcy Krawcy zastąpili dworskich, wszystko co ważne jest związane z estetyką umiaru. Najszerzej pojętą – od liczby obowiązujących, z naciskiem na obowiązek, stylów, po listę kolorów, linii, długości. Czasom estetyki umiaru, czyli starannego wybierania zawdzięczamy także krótką listę autorskich domów mody, dbających o to, by kolekcje były symbolem ekskluzywności. Ubraniami popularnymi była wówczas konfekcja, a źródłami jej pochodzenia nikt się nie interesował. Konfekcja była anonimowa, a jej zadaniem było okrycie ciała zgodnie z normami obyczajowymi i odpowiednio do pogody. Moda wyróżniała, stroiła a konfekcja przykrywała, co należy, bez zbytniej troski o formę i jakość. Z tamtych czasów przetrwała ocena wyglądasz jak z domu towarowego, która do czasu wkroczenia marek do domów towarowych nie była komplementem. W środku, między krawiectwem wysokim a przemysłową masówką, lokowały się pracownie krawieckie, które szybciej niż fabryki naśladowały lansowane przez domy mody linie i kroje. Tak, w uproszczeniu, wyglądał rynek mody do śmierci Chanel. Rok 1971 wyznaczył granicę między modą domów mody a modą kreowaną przez marketing, który zastępuje osobisty kontakt z klientem – istotny dla haute couture – kampaniami reklamowymi. Marketing mody miesza się z politycznym od czasu, gdy ikoną mody staje się Jacqueline Kennedy. Domy towarowe nadal oferują konfekcję, ale z coraz większą dawką mody, przenoszonej do produkcji masowej z kolekcji pret a porter. Nadal jest to moda oparta na kreacji, autorskim kroju i potrzebie wyróżnienia. Ale jeszcze tylko przez chwilę, bo już w latach 80. marketing doceni rolę kultury masowej w lansowaniu mody, patrz serial Dynastia, której istotą są inspiracje (eleganckie określenie przywłaszczenia), a efektem upodobnienie. Upodobnienie tym radykalniejsze, im głośniej brzmią hasła o indywidualizmie. Zaczyna się epoka, kiedy siłą napędową mody staje się marketing, winowajca dzisiejszego bałaganu, u którego podstaw leży zakłócenie proporcji między autentycznymi a wykreowanymi potrzebami klientów. Klient w epoce nadmiaru czuje się zmanipulowany reklamą i oszukany cenami. I tę nieufność przenosi na całą modę.
MARKA I MARKETING
Lata 60. to czas zbuntowanych projektantów, którzy uczyli się rzemiosła u Diora albo Balenciagi po to, by za chwilę wystartować z własnymi kolekcjami pret a porter. Ubrania gotowe do noszenia, sygnowane przez YSL czy Cardina uwzględniały styl życia odbiorców, były bardziej demokratyczne, ale nadal aspirowały do luksusu. Szyte przemysłowo, ale w krótkich seriach, kolekcje pret a porter bardzo szybko pokazały, jaką żyłą złota może być marka. Powstawały w tych samych szwalniach, co konfekcja, ale sprzedawano je za nieporównywalnie wyższe ceny. Marketing mody dowiedział się, że marka to potęga i potwierdził to za chwilę siłą markowych kolekcji, ilustrujących „luksus zdemokratyzowany”. Logo marki miało być gwarancją niepowtarzalności, stylu, trendów i luksusu, a więc cech z tradycji przypisanych do kreacji z domów mody. I przez chwilę było. Symbolem i ilustracją przenikania konfekcji i kreacji są dziś dżinsy Diora w cenie „średniej krajowej”. Także bawełniane podkoszulki „dowartościowane” logo znanej marki. Gdy logo jest inkrustacją z kryształów Swarovskiego, tiszerty mogą osiągnąć takie ceny, jakby kryształy były diamentami.
ORYGINAŁY I PODRÓBKI
Marka stała się nieocenioną lokomotywą napędzającą koniunkturę rynku mody. I byłoby tak zapewne do dziś, gdyby specjaliści od marketingu w globalnych sieciach pamiętali o tym, że styl jest pochodną samoograniczenia, a ekskluzywność przeciwieństwem masowości. Niestety, żądza pieniądza nie jest najlepszym doradcą. Zauroczeni przykładem Cardina, który zarobił krocie na sprzedawaniu licencji, zainspirowani pomysłem Armaniego, by sygnować swoim logo najbanalniejsze podkoszulki, menedżerowie firm wybrali rozwiązanie, które rokowało zwielokrotnieniem zysków. Przenieśli produkcję markowych kolekcji do regionów taniej wytwórczości. Oczywiście, przenieśli razem z tajnikami technologii. Na efekty nie trzeba było czekać długo, okazało się, że ekspansja marek wytwarzanych daleko od siedziby firmy przerosła oczekiwania zleceniodawców. Świat został zalany podróbkami markowych liderów, a klienci okazali się na tyle „niemoralni”, że nie wnikają w źródła pochodzenia produktu. Co więcej, cieszą się, że nie płacąc za „wartość dodaną” – przez wielu internautów uznawaną za kradzież, tyle że bardziej wyrafinowaną – wkraczają w świat ekskluzywności.
TRENDY I KRYZYS
W takiej sytuacji zastał modę kryzys. Modę, wbrew pozorom kosztowną, bo przeprowadzki do dalekich krajów wymagają dodatkowej obsługi. Nie tylko przez globalne biura trendów, przygotowywanych z coraz większym przyspieszeniem, ale także przez rezydentów egzekwujących rzetelność wytwórców. Pilnowanie na niewiele się zdaje, a nadprodukcja trendów okazała się pułapką i dla projektantów, i dla producentów, i dla handlu. A co najważniejsze – dla klientów. Dezorientacja mody owocuje dezorientacją klientów, którzy za vintage i nostalgię wolą płacić w lumpeksach niż markowych salonach.
Wszystko jest podobne mówią klienci, recenzując oferty korporacyjnych sieci. Proponujemy Ci niepowtarzalność i indywidualizm zapewnia marketing.
Ta rozbieżność zmusi sieci, narzucające dotychczas trendy, do zmiany strategii, zamawiają kolekcje u projektantów z nazwiskami, aby uciec od oskarżeń internautów, że marki handlowe oferują drożej „konfekcję bez kreacji” (kreatora zastąpił zaopatrzeniowiec) podobną do tej na bazarach z chińszczyzną, ale droższą. Ta rozbieżność jest szansą dla małych i średnich firm, którym znacznie łatwiej powrócić do źródeł, odtwarzając strukturę dawnych domów mody, dawnych pracowni krawieckich, pracujących w zupełnie nowych warunkach (skanery D, tkaniny i dodatki nowej generacji). Analitycy rynku mody przewidują, że najszybciej klienci znowu uwierzą ofercie małych i średnich firm, najlepiej lokalnych, najpierw o zasięgu regionalnym, krajowym a potem z ambicjami eksportowymi. Małym i średnim łatwiej zrealizować zasadę porządkującą nadmiar zapewnieniem, że mniej znaczy więcej. Także więcej mody. I to jest nieoczekiwana korzyść kryzysu − szansa dla polskich firm.
HANNA GAJOS
Dorota Sak, Marcin Celmerowski, Bogusław Słaby, Małgorzata Koniarska, Jerzy Skałoń – Sonda. Jak żegnamy rok 2009, jak witamy 2010?
2009. Czas zmian i nadziei
Jest tradycją, że w numerze zamykającym rok zastanawiamy się, co przyniesie kolejny. Dwanaście miesięcy temu głównym tematem PRZEMYSŁU MODY-INNOWACJE – numer 4/08, było trwanie. W kryzysie i na przekór kryzysowi. Z nadzieją, że damy radę. W przekonaniu, że aby się udało, konieczne są radykalne zmiany, że musimy nauczyć się zarządzania niepewnością i nadzieją. Motywem przewodnim tego numeru, także dzięki uczestnikom redakcyjnej sondy, jest nadzieja. Uprawniona dzięki zmianom.
DOROTA SAK kierownik pracowni konstrukcji i modelowania odzieży w Katedrze Ubioru łódzkiej ASP
Od 10 lat kieruję w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi Pracownią Konstrukcji i Modelowania Odzieży. Mijający rok 2009 to rok zmian i transformacji w mojej pracowni. Wprowadzenie dwustopniowego systemu nauczania oraz zwiększenie liczby godzin przeznaczonych na zajęcia konstrukcyjno-warsztatowe pozwoliło mi na rozszerzenie tematów, wzbogacanie ich o wykłady uzupełnione prezentacjami multimedialnymi; umożliwiło naukę samodzielnego realizowania przez studentów własnych projektów na warsztatach szkolnych. W roku 2009 powstała w naszej katedrze (katedra ubioru) pracownia kostiumu teatralnego i filmowego. Spowodowało to również potrzebę zmian w moim programie, wprowadzenie nowych tematów i technik budowania formy ubioru. Nastąpiła zmiana nazwy pracowni na Pracownię Kształtowania Formy Ubioru.. Ciągle marzę o jej komputeryzacji. Mam nadzieję, że nastąpi to w niedalekiej przyszłości. Wszystkie te zmiany, które wprowadzam, mają na celu wykształcenie absolwenta wyposażonego w gruntowną wiedzę technologiczną i umiejętność realizacji własnych projektów; świadomego możliwości kształtowania formy ubioru poprzez wprowadzanie nowatorskich, kreatywnych rozwiązań konstrukcyjnych. ASP, z którą związana jestem od dwudziestu paru lat, to w ostatnim czasie „poligon” zmian i remontów.
W październiku minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski podpisał z rektorem, profesorem Grzegorzem Chojnackim umowę na dofinansowanie ze środków europejskich budowy Centrum Nauki i Sztuki. Daje to nadzieję na powstanie między innymi nowoczesnego archiwum do przechowywania zbioru modeli, realizacji prac studenckich – dziś często znanych projektantów, gromadzonych przez lata działalności naszego wydziału. Powstanie również pawilon z profesjonalną salą do pokazów mody. Mamy nadzieję gościć w przyszłości ważne wydarzenia modowe w progach naszej uczelni.
W roku 2009 odbył się, po raz pierwszy w Polsce i z takim rozmachem Fashion Week. Wybór padł na Łódź – idealne miejsce na tego typu imprezę. Miasto kojarzone z przemysłem włókienniczym i odzieżowym, z tradycją sięgającą kilkuset lat. Łódź włókniarek i fabrykantów powoli staje się miastem – centrum polskiej mody. Pierwsza edycja Fashion Philosphy Fashion Week Poland przyciągnęła znane nazwiska polskich projektantów, których kolekcje mogliśmy oglądać podczas zaaranżowanej w Hali EXPO Alei Projektantów. Zorganizowany w Manufakturze showroom pozwolił studentom i absolwentom szkół projektowych zaprezentować własne prace. Była to świetna okazja dla młodych ludzi do poznania się, nawiązania kontaktów, wymiany doświadczeń.
Z zagranicznych gości mogliśmy zobaczyć kolekcje Agathy Ruiz de la Prady, Gasparda Yurkievicha, Georgesa Chakry i innych. Podczas całej imprezy urządzono wiele pokazów, wystaw, spotkań klubowych. Łódź dołączyła do elitarnego grona miast – centrów mody. To wielka promocja naszego miasta. Mamy nadzieję na kolejne edycje z plejadą gwiazd światowego formatu w dziedzinie mody, filmu i sztuki. Reymontowska „ziemia obiecana” to dobry grunt dla takiego wydarzenia. W tym roku powstała również w Łodzi fundacja Future in Fashion, założona w celu promocji twórczości i wspierania utalentowanych studentów i absolwentów kierunków modowych. Poprzez pomoc i promowanie młodych, fundacja pragnie przyczynić się do stworzenia w Łodzi centrum polskiej mody. Jak pisze na swojej stronie internetowej, jej celem jest „ tworzenie społeczności mody”.
Przed laty przyjechałam do Łodzi studiować projektowanie ubioru. Łódzka uczelnia, jako jedyna w Polsce, oferowała wówczas specjalizację w tej dziedzinie. Na piątym roku zaproponowano mi pracę w charakterze asystentki w Katedrze Ubioru. I tak, całe swoje dorosłe zawodowe życie związałam z tą uczelnią i miastem. Dzisiaj widzę, że był to dobry wybór. Mijający rok, pełen dynamicznych zmian i nadziei na przyszłość, potwierdza moją decyzję. Łódź z zakurzonego, robotniczego miasta zamienia się w miasto sztuki, kultury i mody. Dobrze mieszkać w takim miejscu.
MARCIN CELMEROWSKI dyrektor firmy CONTEC Sp. z o.o.
Rok 2009 zaczął się trudno, a skończył ...pracowicie. Zaczął się trudno, bo …wiemy wszyscy, dlaczego. Skończył się pracowicie, bo z tych samych przyczyn trzeba było zakasać rękawy i wziąć się ostro do roboty. Czy zagrożenie było prawdziwe? Hmm, …każde zagrożenie które skutkuje obniżeniem, spadkiem czegokolwiek jest prawdziwe, bo je odczuwamy. Dla jednych jest ono faktycznie zagrożeniem, dla innych jest iskrą, impulsem, punktem zwrotnym. Wierzymy, że mamy do czynienia z punktem zwrotnym, z iskrą, która zapali nowy ogień, wytworzy nową energię.
W przypadku naszej firmy, punkt zwrotny opieramy na trzech głównych kierunkach zmian.
Po pierwsze: nowoczesna technologia spod znaku 3D – skanery do ciała Miara na miarę czasów, str. 24. W Polsce to absolutna nowość, na świecie powoli konieczność. Skaner 3D = 3 razy oszczędność: czas, materiał, pieniądze… To ogromne możliwości, jeżeli chodzi o wymiarowanie ludzkiej sylwetki, badania antropologiczne, szycie na miarę (szczególnie zamówienia dla klientów instytucjonalnych), nowoczesne rozwiązania logistyczne. Proszę sobie wyobrazić, że dopasowanie kompletnego stroju dla żołnierza w armii amerykańskiej trwa kilkanaście sekund, a wartości stanów magazynowych spadły po wprowadzeniu skanerów 3D o 60%! Jest iskra? Jest. Znaleźliśmy produkt, który jest potrzebny naszym klientom, którzy muszą oszczędzać, czyli dobrze inwestować. Spróbujemy.
Po drugie: musieliśmy zoptymalizować magazyn. Część klientów zmieniła system zamówień, część zmniejszyła produkcję, pojawili się nowi. Dla nas, było już jasne pod koniec 2008 roku, że nadchodzi czas zmian logistycznych. Chyba się udało, ale było sporo pracy. To może nie była wielka iskra, bo optymalny magazyn jest świętym obowiązkiem każdej firmy handlowej, ale pamiętając o starej japońskiej zasadzie: „zawsze można coś zrobić lepiej” – zmieniliśmy dużo.
Po trzecie: nikt od nas nie odszedł, nikogo nie trzeba było zwolnić! To najważniejszy sukces naszej firmy w minionym roku. Dzięki sprawnemu zespołowi, udało się utrzymać firmę w bezpiecznym kanale. To daje nam ogromy komfort i poczucie bezpieczeństwa. Pozwala zachować wysoki standard obsługi klienta, utrzymać dobrą atmosferę w firmie.
Czy po takich zmianach można wierzyć, że rok 2010 będzie lepszy? To się okaże. Być może już pod koniec stycznia zabierzemy się do pracy nad kolejnymi zmianami….
BOGUSŁAW SŁABY prezes Związku Przedsiębiorców Przemysłu Mody LEWIATAN
Rok 2009 zaczął się ogromną niepewnością, ale kończy nadzieją. To był rok szukania rozwiązań adekwatnych do sytuacji, rok oszczędności, co w wielu przedsiębiorstwach oznaczało zamrożenie inwestycji. Jednak, monitorując kondycję przemysłu mody, rozmawiając z członkami naszego Związku, który skupia zarówno producentów odzieży, jak i firmy zaopatrujące przemysł odzieżowy w środki produkcji, widzimy poprawę nastrojów. Rok 2010 zapowiada się lepiej – firmy mają zamówienia, zaczynają po przerwie myśleć o inwestycjach. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się maszyny specjalistyczne i automatyzujące produkcję, dzięki którym można podwyższać jakość i wydajność, a producenci poszukują pracowników o kwalifikacjach na miarę czasów i nowych wyzwań. Nasz Związek, który w tym roku dostosował nazwę do rynkowych zmian, współpracując ze szkołami odzieżowymi, uczelniami, administracją, zainicjował wiele przedsięwzięć, których celem jest stworzenie warunków kształcenia kadr na takim poziomie, jakiego oczekują pracodawcy. Priorytetowym działaniem Związku Przedsiębiorców Przemysłu Mody LEWIATAN było w kończącym się roku – i pozostanie w następnym, bo to niekończąca się historia – budowanie takiego wizerunku naszej branży, który zachęci młodzież do podejmowania nauki w szkołach włókienniczych i odzieżowych, średnich i wyższych. Bardzo ważnym elementem takiego wizerunku jest współpraca przemysłu ze światem nauki, bez której nie sprostamy wymogom nowoczesnej, zaawansowanej technicznie produkcji. W tym obszarze mijający rok kończymy sukcesem. Ośrodek praktycznego kształcenia kadr dla naszej branży – Centrum Edukacji Przemysłu Mody przy Politechnice Łódzkiej będzie w 2010 roku zorganizowany w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka. To dobra wiadomość dla całej naszej branży. Także dowód na to, że warto jednoczyć się wokół wspólnych celów, bo w istotnych sprawach działamy „ramię w ramię” z Polską Izbą Odzieżowo-Tekstylną. W Zespole Trójstronnym Przemysłu Lekkiego pracujemy nad poprawą sytuacji w zakresie zatorów płatniczych. Zabiegamy również o to, aby w ramach promocji eksportu znaleźć źródła finansowania stoisk narodowych na międzynarodowych targach mody. Jestem przekonany, że rok 2009, który dla naszej branży był czasem istotnych zmian, czasem tworzenia programów dostosowawczych zapracował na to, by start w 2010 zaczynać z nadzieją i optymizmem.
MAŁGORZATA KONIARSKA dyrektor handlowy COATS Polska
Mijający rok jest zawsze okazją do refleksji. Pierwsza od lat jest niezmienna – to niemożliwe, że tak szybko upłynął! Kolejny inny, kolejny ciekawy, kolejny z nowymi wyzwaniami. Stał on oczywiście przede wszystkim pod znakiem kryzysu i przyniósł firmie COATS Polska w związku z tym zasadnicza zmianę, jaką było zakończenie działalności produkcyjnej w Polsce. Decyzją centrali postanowiono ograniczyć ilość jednostek produkcyjnych w Europie, w celu lepszego wykorzystania mocy produkcyjnych najnowszej inwestycji COATS, jaką jest zakład w Rumunii. Pociągnięcie to miało przede wszystkim pozwolić na utrzymanie konkurencyjności koncernu i jego zdrowych wyników finansowych. Rozumiejąc powody tego działania, zmuszeni byliśmy jednakże do przełknięcia tej gorzkiej pigułki, jaką było m.in. zwolnienie naszych kolegów. Obawialiśmy się jednocześnie, czy istotnie nie ucierpi na tym nasz serwis, z którego przecież jesteśmy tak dobrze znani. Na szczęście, po pół roku funkcjonowania w nowej formule możemy z całą pewnością stwierdzić, iż zarówno my, jak i oddział w Rumunii poradził sobie z tym zadaniem znakomicie. Klienci praktycznie nie zauważyli zmiany w naszym łańcuchu dostaw. Prawdopodobnie dzięki temu oraz stabilnej, wysokiej jakości naszych produktów, a także – a może przede wszystkim – wytężonej pracy wszystkich pracowników naszej firmy, kończymy ten rok z bardzo dobrymi wynikami. Sprzedaż oczywiście nie jest taka, jak w latach ubiegłych, ale jesteśmy zaledwie kilka procent poniżej budżetu, a dzięki znaczącym oszczędnościom wypracowaliśmy dobre wyniki finansowe. Z całą pewnością możemy już stwierdzić, iż COATS Polska wyszedł obronna ręką z tego kryzysowego roku. Nie byłoby to oczywiście możliwe w wyniku działań podjętych jedynie w czasie tych 12 miesięcy. Każda firma musi ciągle patrzeć daleko w przyszłość i przygotowywać się na rożne warianty. Dotyczy to wszystkich aspektów – od budowania wielozadaniowego zespołu pracowników, kontroli płynności finansowej i zaangażowanego kapitału po sprawdzony i elastyczny łańcuch dostaw. Każda firma musi latami budować zaufanie swoich odbiorców. Klienci musza wiedzieć, że dostawca jest ich partnerem, z którym wspólnie przechodzą przez rożne etapy ich działalności i pomyślności. Brzmi to jak truizm albo tzw. gadka marketingowa, ale doświadczenia nas wszystkich, zarówno osobiste, jak i firmowe, w rożnych rolach – klientów lub dostawców – potwierdzają prawdziwość tych tez. Tak więc, podsumowanie mijającego roku dla COATS Polska wypada optymistycznie. Myślę, że jest dowodem na to, iż głoszone przez nas od lat przekonanie, iż warto stawiać na rzetelność i jakość sprawdza się w praktyce. Mam nadzieje, że będzie tak również w roku przyszłym, który prawdopodobnie będzie znacznie trudniejszy niż obecny. Życzę jednak wszystkim nam, abyśmy po raz kolejny dali radę!
JERZY SKAŁOŃ współwłaściciel firmy SEMACO
Jaki był Stary Rok, jaki będzie Nowy Rok? W odpowiedzi na pierwsze z tych pytań powinniśmy odnaleźć wskazówki do działań w Nowym Roku.
Wyniki ekonomiczne branży produkcji odzieży w Polsce w minionym roku nie są dobre. Wielu producentów spotkało się z problemami, których nie potrafiło pokonać, kończąc działalność. Opcje walutowe zgubiły kilka poważnych firm, działających na naszym rynku z powodzeniem nawet od ponad 20 lat. Wszyscy poszukują recepty na sukces w nadchodzącym Nowym Roku. Jaka jest ta recepta?
Sądzę, że odpowiedzi można i należy poszukiwać w istotnych treściach związanych ze Świętami Bożego Narodzenia. Te niezmienne od stuleci treści niesie Pismo Święte. Karty Ewangelii podają zasady, które w ocenie wielu nie przystają zupełnie do dzisiejszej rzeczywistości i nadają się jedynie do wyrzucenia na śmietnik historii. Nie zgadzam się z tymi opiniami. Tak jak wielu ludzi coraz bardziej zmęczonych miejskim zgiełkiem pragnie powrotu na wieś, tak też coraz więcej ludzi zmęczonych wizjami życia i szczęścia płynącego z konsumpcjonizmu, często łączonego z odrzuceniem twardych zasad stosowanych przez stulecia, pragnie powrotu tych zasad, które nadal obowiązują, z którymi walka jest skazana na niepowodzenie, a których stosowanie przynosi… szczęście. No właśnie – wszyscy poszukujemy szczęścia, a czy zastanawiamy się, co to jest szczęście, zatem jak i gdzie je znaleźć? Usłyszałem kiedyś doskonałą definicję szczęścia, którą chętnie tu przytoczę: Szczęście to nie nazwa stacji końcowej, to sposób podróżowania.
Czy nie oznacza to, że mimo kłopotów i w kłopotach możemy być szczęśliwi? Tak, możemy!
Miniony rok był niełatwy, wymusił w większości zakładów produkcji odzieży trudne decyzje zwolnień pracowników, ograniczenia produkcji, obniżania cen sprzedaży, „cięcia” kosztów, etc. Jednak trudny okres minionego roku winniśmy oceniać z perspektywy pozytywnych zmian, które wymusił. Wprowadzone zmiany są naszym nowym kapitałem, który nas wzmacnia i pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość. Nawet, jeśli nadchodzący rok nie okaże się nazbyt łaskawy, to wzmocnieni doświadczeniami kryzysu, lepiej pokonamy ewentualne dalsze przeciwności.
Napoleon nie wybierał na swych dowódców ludzi, którzy mieli wcześniej często pecha. Nie wybierał też ludzi, którzy wcześniej notowali same sukcesy. Prawdziwe sukcesy to te przeplatane porażkami. Często im większa porażka, tym większy odniesiony po niej sukces. Sukces jest jak korona drzewa, którego korzeniem są porażki. Im większy korzeń, tym większe wyrasta z niego drzewo. Życzę abyśmy na miniony rok spojrzeli z tej właśnie perspektywy.
Jeśli jeszcze tu jesteśmy, to już sukces. Ja, mimo odniesionych w minionym roku porażek, a może właśnie dzięki nim, patrzę na nadchodzący Nowy Rok z dużym optymizmem.
Janko Jekic – Mapa wielkich zmian
Janko Jekic doradca techniczny firmy Freudenberg Vilene mówi o konieczności dostosowania zarządzania firmą do zmian na rynku mody.
W codziennym zabieganiu, pod presją napiętych terminów i budżetów mamy niewiele czasu na refleksje, na ocenę jak sytuacja naszej firmy wygląda na tle innych. Tradycyjnie czas na taką refleksję jest wpisany w program SZWALNI, dorocznego spotkania profesjonalistów. Podczas ostatniej SZWALNI odbyło się seminarium typu „rozmowa-rzeka z ekspertem”. Pytania w imieniu branży zadawała Hanna Gajos – redaktor naczelna PRZEMYSŁU MODY-INNOWACJE. Odpowiadał – Janko Jekic, doradca techniczny firmy FREUDENBERG, który odwiedzając firmy odzieżowe na całym świecie globalne i lokalne problemy branży naszej branży poznaje gruntownie i „od podszewki”.
Hanna Gajos: Podobno tylko jedno możemy stwierdzić z całą pewnością – czekają nas lata wielkiej niepewności i aby „trwać i przetrwać” ten stan trzeba po prostu polubić.
Janko Jekic: Aby zrozumieć obecne napięcia i stan niepewności warto przypomnieć, że dawniej było zupełnie inaczej. Spokojniej i stabilniej. Wiedzieliśmy dokładnie, co mamy robić. Przygotowujemy kolekcje wiosna-lato, potem znowu targi, zamówienia kuponów i na koniec kolekcja jesień-zima. W ostatnich latach wiele się zmieniło, musieliśmy przygotowywać jeszcze jedną do dwóch „międzykolekcji” Obecnie wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej i nabrało większego tempa. Jakby tego było mało, mamy jeszcze kryzys gospodarczy.
HG: W tej sytuacji każdy producent odzieży zadaje sobie pytanie, co dalej, nie znajdując jednoznacznej odpowiedzi. Czy Pan pokusiłby się o taką odpowiedź?
Największe autorytety ekonomiczne obawiają się dawać recepty, czy też prognozować rozwój sytuacji. Ja też się nie odważę, ale możemy razem zebrać fakty, przeanalizować je i wspólnie zastanowić się, co dalej…
HG: Zacznijmy więc od zebrania faktów, by krok po kroku jednak zarysować modelowy program działania w czasach wielkiej niepewności.
JJ: W ostatnich latach nastąpił ogromny postęp w rozwoju technologii komunikacji. Zauważam to podczas moich podróży i wizyt w zakładach oddalonych o tysiące kilometrów od zleceniodawców. Często słyszę „całą techniczną dokumentację łącznie z wykrojami otrzymaliśmy drogą elektroniczną”. Dyskusje mają coraz częściej charakter video-konferencji. Dane techniczne wymieniamy poprzez platformy internetowe. Obecność w wielu miejscach na raz jest dziś możliwa i producent mody może bez większych problemów przesunąć produkcję do innego kraju, a nawet na inny kontynent. Jednocześnie zmiany technologiczne oferują nowe możliwości, ale także wymuszają bolesne zmiany. Także polityczne i kulturowe środowisko ma ogromny wpływ na naszą branżę.
HG: Gdy nie umiemy zdefiniować powodów trudności firmy, często sięgamy po słowo-wytrych: globalizacja. Czy nie nadużywamy tego pojęcia?
JJ: Proces globalizacji możemy oceniać pozytywnie i negatywnie. Globalizacja to, na przykład, zamknięcie znanej fabryki włókienniczej we Włoszech, Czechach, Polsce i przesunięcie produkcji do Chin.
Globalizacja to także kurtki i spodnie z Azji, w naszych domach towarowych i na bazarach, które kosztują 15 do 20 euro a czasem taniej.
Globalizacja to również eksport maszyn i nowych technologii w odwrotnym kierunku – do Azji, Afryki.
Rynek światowy stał się globalną wioską. Dramatycznie zwiększyły się naciski konkurencji. Wszystkie te zjawiska musimy potraktować obiektywnie i wypunktować ich dobre i złe strony. Niestety, kryzys światowy, z którym przyszło się nam się teraz zmierzyć, pokazał, że to globalne połączenie można łatwo wykorzystać w nieuczciwy sposób. Zrobiły to banki światowe, wywołując globalny kryzys.
HG: Sytuacja zmienia się tak szybko, że wyniki badań preferencji konsumentów już w chwili ogłaszania są nieaktualne. Istotnym źródłem wiedzy o potrzebach klientów staje się Internet, a fora internetowe „krzyczą” o niezadowoleniu klientów z dotychczasowej oferty mody. Coraz więcej osób oczekuje tzw. szybkiej mody. Szybkiej, ale atrakcyjnej, oferującej także korzystną relację między jakością i ceną. Czy przemysł mody może sprostać tym oczekiwaniom?
JJ: Rośnie liczba bezrobotnych, ciągle powiększa się dystans między bogatymi i biednymi. Siła nabywcza naszych klientów jest coraz mniejsza i w tych trudnych czasach wszyscy producenci odzieży stawiają sobie pytanie, jak powinna wyglądać moja kolekcja, co powinienem wyprodukować, aby to jutro sprzedać? Część z nich, odpowiadając na to pytanie, mówi: robię to, co robiłem zawsze, produkuję dla dobrze znanego, standardowego segmentu, tak było, jest i będzie najbezpieczniej. Niestety, dzisiaj nie istnieje już tzw. bezpieczny, standardowy odbiorca. Kolejna kusząca opcja – będę produkować bardzo tanią odzież, ponieważ społeczeństwo jest coraz uboższe. Jednak tu należy zapytać, czy będę tańszy niż konkurencja z Chin?
HG: Trudno planować niepewność. W tym oceanie niepewności każdy przedsiębiorca musi mieć plan działania, podejmować strategiczne decyzje. Czy można wyznaczyć najistotniejsze punkty, podstawy takiej strategii?
JJ: Odpowiedzi na to pytanie udziela nam obserwacja „ulicy”, bo tak potocznie określamy adresatów mody. Czy widzimy na ulicach, wieczorami w restauracjach, albo podczas wakacji, w modnych kurortach ludzi w starych ubraniach, kobiety i mężczyzn noszących bardzo tanią importowaną odzież, jaka jest wszędzie oferowana? Raczej nie! Czy zniknie moda, albo pozostanie w stanie uśpienia dopóki nie przeminie kryzys gospodarczy? Na pewno nie!
HG: Historia uczy, że lata kryzysu gospodarczego to dobre lata dla mody. Gdy gospodarka spowalniała tempo rozwoju, moda zawsze przyspieszała.
JJ: To prawda. Przeglądając katalogi mody z 1919 roku, z czasu tuż po pierwszej wojnie światowej albo z okresu Wielkiego Kryzysu Gospodarczego 1929-1930, albo z lat tuż po II wojnie światowej 1945-1948, widzimy, jak dynamicznie zmieniała się wówczas moda. Bo istotą mody jest to, że nieprzerwanie odzwierciedla ducha epoki, błyskawicznie dopasowując się się do możliwości i potencjału nabywcy. W czasach niepewności, jedno jest pewne: ciekawość i nieodparty pęd ku nowemu, aktualnemu nie wygasną. Warto porównać, jaka jest moda dzisiaj, a jaka była jeszcze dwa lata temu. Dziś wszyscy znaczący producenci wypuszczają na rynek dwie podstawowe kolekcje i dodatkowo jeszcze do dziewięciu „ międzykolekcji”. Cykl produkcyjny uległ drastycznemu skróceniu. Fachowcy z branży znaleźli właściwe określenie tego zjawiska – szybka moda. Wniosek? Moda żyje i żyć będzie nadal, jednak będzie żyć szybciej niż dotychczas.
HG: Dokąd nas to zaprowadzi? Podobno kryzys to także czas dobrze zdefiniowanych szans i okazji. Jak Pan ocenia szanse polskiego przemysłu mody? Co możemy i co powinniśmy zrobić?
Środki masowego przekazu, powszechność przekazu „obraz i dźwięk”, znacząco zmieniły postrzeganie mody. Zmieniły także wyobrażenia, potrzeby i oczekiwania adresatów mody, naszych klientów. To niesie znaczny ładunek ryzyka, ale jednocześnie jest niezwykłą szansą dla polskich i europejskich producentów odzieży. Mogą oni dużo szybciej i wcześniej reagować na marzenia i potrzeby klientów niż producenci dalekowschodni. Rozwój komunikacji, transportu, logistyki, automatyzacji będzie nabierał tempa i będzie zmuszał producentów odzieży do jeszcze szybszych zmian.
HG: Zatem długoterminowe prognozy nie są możliwe i nie mają większego sensu. Natomiast z pewnością możemy stwierdzić, że już nigdy nie będzie tak jak dawniej…
JJ: Tego możemy być pewni. Zakład produkcyjny, aby przeżyć i żyć, musi być tak ustawiony, tak zorganizowany, aby mógł błyskawicznie reagować na zmiany na rynku. Tylko nowa organizacja, dostosowana do wymogów rynku i sytuacji kryzysu, jest w stanie przeżyć kryzys. Kolejnym, największym atutem w dzisiejszych czasach jest wiedza, koniecznością jest więc pozyskiwanie niezbędnych informacji o modzie, rozwoju technologii produkcji tkanin, dodatków i nowych technologii szycia – przetworzenie ich i odpowiednie wykorzystanie.
HG: W trudnych czasach wiele firm nastawia się przede wszystkim na oszczędzanie, tną koszty gdzie się da i dopóki się da…
JJ: Oszczędności są konieczne, ale muszą być przemyślane. Nie można np. pochopnie zrezygnować z wizyt na najważniejszych targach tkanin i odzieży, wyznaczających trendy mody, dostarczających podstawowych informacji o kierunkach rozwoju i tendencjach przemysłu mody.
Wszystkie spotkania fachowców, takie jak np. SZWALNIA służą wymianie doświadczeń, dostarczają informacji o nowych technologiach. Oczywiście, nie muszę przypominać jak ważny jest kontakt z prasą branżową…
HG: Dziękuję za to przypomnienie w imieniu przedstawicieli prasy branżowej. Czy na podstawie „globalnych i lokalnych” obserwacji mógłby Pan zarysować wzorcowy model przedsiębiorstwa „na miarę czasów”?
Wszystkie najnowsze badania naukowe z dziedziny zarządzania wskazują na to, że hierarchiczne „piramidy” już się przeżyły. Nie dotrzymują kroku zmianom, są ociężałe, nieruchawe i demotywujące. Delegowanie zadań w określonym zakresie kompetencji jest pewnym krokiem naprzód, ale nie może być jedyną odpowiedzią na nowe wyzwania. Obecnie nakazowe metody zarządzania nie pobudzą ludzi do działania. Potrzebna, więcej – konieczna, jest organizacja, w której pracownicy będą zmotywowani do wydajnej pracy.
HG: Motywacja i identyfikacja pracownika z celami firmy to motywy przewodnie wszystkich bestsellerów z dziedziny zarządzania.
JJ: To prawda, jednak często zapominamy, że warunkiem identyfikowania się pracownika z firmą jest nie tylko sprawne zarządzanie, ale również komunikacja w sferze emocjonalnej – szacunek, gradacja wartości. W mediach, na forach gospodarczych i politycznych często dyskutuje się o znaczeniu i roli pracowników, a potem w praktyce są oni postrzegani wyłącznie jako czynnik kosztowy. Jedno jest pewne: bezimienne „czynniki kosztowe” nie stworzą organizacji odpornej na kryzys. Najbardziej wydajne organizacje ruchów reformatorskich odwołują się do potrzeb emocjonalnych jednostki, podkreślają znaczenie relacji miedzy ludźmi.
HG: Brzmi to, jak przesłanie zaczerpnięte z psychologii lub religii, a nie z ekonomii…
Wiele wyników badań wskazuje na to, że podobne zasady obowiązują w ekonomii. Zarządzanie poprzez nadanie sensu działaniom gospodarczym pokazuje, że jest to jedyny
sposób ukierunkowania pracowników na osiąganie wspólnych celów, także w kompleksowych organizacjach. Podstawowe zasady i idee wzorcowego zarządzania muszą być proste, klarownie przekazane, wiarygodne. Powinny przynosić korzyści zarówno klientom jak i przedsiębiorstwu. A przede wszystkim podkreślać wkład poszczególnych członków organizacji w osiągnięcie celu. Antonie de Saint Exupery radził „Jeśli chcesz budować łódź, nie zaczynaj od zbierania drewna, cięcia desek i rozdzielania pracy, obudź w ludziach tęsknotę za ogromnym, bezkresnym oceanem”. Ocean mody jest dziś niespokojny i panuje na nim sztormowa pogoda. Receptą na solidny okręt i bezpieczny rejs, który doprowadzi nas do wyznaczonego celu, jest zmotywowana załoga – ludzie z krwi i kości.
Wszystkie te koncepcje prowadzą w konsekwencji do określonej formy organizacji, do struktury sieciowej. Organizacja ta charakteryzuje się płaską strukturą, wysoką samodzielnością poszczególnych jednostek, różnorodnością lokalnych form organizacji oraz zarządzaniem całością w drodze ustalania wspólnych celów i strategii.
HG: Taka organizacja wymaga otwartości szefów i pracowników na kolejne zmiany, to nie za duże wymaganie, jak na trudne czasy?
Na pewno wymaganie jest duże i niełatwe, jednak nie ma alternatywy. Podstawą nowej, sieciowej organizacji są elastyczni współpracownicy w całkowitej interakcji z elastycznymi strukturami. Jest to zarządzanie zorientowane na rozwiązywanie problemów. Ta forma przewyższa wszystkie inne, bo zostawia w tyle złożone i skomplikowane struktury, gwarantując błyskawiczną reakcję na zachodzące zmiany. Ponadto dopasowuje się znakomicie do nowych warunków i dzięki temu jest mniej podatna na wszelkie zakłócenia i zawirowania związane z kryzysem. W wyniku optymalizacji procesów gospodarczych zacierają się granice pomiędzy
działami projektowania, produkcji, sprzedaży, logistyki, finansów i administracji. Struktura sieciowa dotyczy nie tylko procesów w ramach przedsiębiorstwa, ale przenosi się na powiązania z klientami, dostawcami a niekiedy – także z konkurencją. To się sprawdza w praktyce. Liczba tak zorganizowanych przedsiębiorstw rośnie. Jednak − i to trzeba koniecznie zaakcentować, kierowanie taką organizacją wymaga zestrojenia nietypowych wzorców myślenia i zachowań.
HG: To chyba najtrudniejsze zadanie, bo zwykle wybieramy znane szlaki w przekonaniu, że są bezpieczniejsze. Czego może dokonać ta nowa organizacja w szybko zmieniającym się otoczeniu?
JJ: Umożliwi planowanie tego, czego w hierarchicznej strukturze nie da się zaplanować. Pozwoli uporać się z planowaniem przyszłości na podstawie kompleksowych scenariuszy. Pogorszenie koniunktury, załamanie wielkości obrotów, zmienność kursów walutowych, ceny dumpingowe importowanej odzieży, postęp technologiczny rozwijających się rynków, przesuniecie cykli mody, wpływy polityki – wszystko to uniemożliwia długoterminowe planowanie. Zmusza do wypracowania zupełnie innego rodzaju planowania, do tworzenia jak największej liczby wariantowych scenariuszy rozwoju sytuacji, nieporównywalnych z tymi, do jakich przywykliśmy.
W obliczu kryzysu gospodarczego i burzliwych zmian, które ciągle mogą zaskakiwać, dobra organizacja sieciowa zwraca uwagę na trzy grupy czynników, które na nią oddziałują…
HG: Zacznijmy od pierwszej grupy…
JJ: Pierwsza grupa czynników to ruchliwość i zdolności przystosowawcze. „Projektowanie zmian” to aktualny slogan na obecne czasy, który oznacza skrajną elastyczność wszystkich struktur i procesów oraz mobilność i równoważność wszystkich współpracowników. Musimy być realistami. Rynek producentów odzieży kurczy się, a eksperci liczą się ze zmniejszeniem obrotów o ok. 20%. Jeżeli w swoim działaniu skoncentrujemy się tylko na stracie 20% i będziemy jedynie oszczędzać i użalać się nad sobą – przegramy. Dobrze postawione pytanie brzmi, co stanie się z tymi 80%, które pozostają, czy możemy z nimi przeżyć, czy też nie? Jeśli będziemy mobilni i otwarci na zmiany – wówczas odpowiedź brzmi: tak, przeżyjemy. Najpierw musimy jednak sami sobie odpowiedzieć na wiele pytań. Jak szybko otrzymujemy informacje o potrzebach i możliwościach naszych klientów? Jakie są najnowsze tkaniny, ich kolory i struktura, właściwości i ceny? Jak możemy zastosować te informacje w dobrej kolekcji? Posiadamy zaplecze technologiczne u siebie, czy też musimy szukać kooperanta? W jaki sposób dostarczymy kolekcję do ostatecznego odbiorcy? Zbudujemy własną sieć sprzedaży, czy też wykorzystamy istniejące kanały dystrybucji?
To prowadzi do odpowiedzi na pytanie główne: na ile jesteśmy szybcy, elastyczni i profesjonalni? Stwierdziliśmy, że trendy mody będą istnieć i nadal się zmieniać. Klasyka, powolne zmiany – to załatwią kraje taniej produkcji. Dla nas szansą jest szybka moda i szybka reakcja na dynamiczne zmiany.
HG: Zatem drugą ważną „grupą czynników” wpływających na skuteczność nowej organizacji jest wiedza o własnych możliwościach i określenie kompetencji?
JJ: Nie określimy ich, jeśli nie odpowiemy sobie na kolejne pytania. W czym jesteśmy najlepsi? W jakich obszarach mamy przewagę nad konkurencją? Mając kawałek tkaniny i maszynę do szycia, można puścić wodze fantazji, ale czy teraz jest na to odpowiedni czas? Ważne jest, abyśmy uświadomili sobie, w czym jesteśmy lepsi od innych i naprawdę byli w tym dobrzy. Klienci już dokonują bardziej świadomych wyborów przy zakupach i zwracają uwagę na jakość.
HG: I w ten sposób dochodzimy do trzeciej „grupy czynników” decydujących o skuteczności sieciowej struktury zarządzania, do szybkości i innowacyjności.
JJ: Gdy sprzedajemy nasze wyroby na rykach światowych, ważne są nie tylko ceny i koszty. Liczy się szybkość i innowacyjność. Dziś każdy uczestnik rynku ma dostęp do tych samych źródeł informacji i te same materiały do dyspozycji. Prawie każdy może kupić wyrób gotowy, rozpruć go i skopiować. Ale tym pierwszym, liderem jest ten, kto na bieżąco jest „za pan brat” z innowacjami, jest konkurencyjny na rynku. Dobrym przykładem są tu producenci odzieży sportowej, którzy błyskawicznie wdrażają innowacyjne materiały i natychmiast informują o tym klientów. Są mistrzami promocji i PR, dlatego są w naszej branży liderami obrotów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby ten rodzaj kompetencji osiągnął każdy producent odzieży. Naturalnie przy założeniu, że zatrudnia pracowników o wysokich kwalifikacjach i odpowiednio zmotywowanych.
HG: Wspólnie przyjrzeliśmy się naszemu środowisku biznesowemu. Stwierdziliśmy, że przemysł mody będzie „mapą wielkich zmian”, a producent odzieży musi odpowiedzieć na te zmiany przede wszystkim nową organizacją pracy. Czy mógłby Pan, na zakończenie naszej rozmowy-rzeki, nakreślić wizerunek idealnego producenta mody?
JJ: To trudne zadanie, ale nie pierwsze dzisiaj, więc spróbuję. Producent odzież, przygotowany na zmiany i dobrze zorganizowany, jest bardzo elastyczny. Jego pracownicy są wykształceni, szanowani i zmotywowani. Jest w stanie szybko i odpowiednio reagować na zachodzące zmiany. Ma zawsze prawidłowo przygotowaną kolekcję w odpowiednim czasie. Jest tak zorganizowany, że może nie tylko przetrwać kryzys, ale dalej się rozwijać.
HG: Czego wszystkim producentom życzymy, dziękując naszemu ekspertowi nie tylko za wiedzę, ale także za optymizm i życzliwość wobec naszego przemysłu mody.
Rozmawiała: HANNA GAJOS
Małgorzata Strzelecka, Małgorzata Koniarska – Strategia rzetelności
Małgorzata Strzelecka dyrektor naczelny COATS Polska, Małgorzata Koniarska dyrektor handlowy COATS Polska
Niezależnie od tego, czy kryzys będziemy nazywać po imieniu, czy oswajać zamiennikami „spowolnienie”, „zamrożenie” itp., jest oczywiste, że wymusił zmianę strategii w każdej firmie. Stare nie wróci, nowe jest niewiadomą. O filozofii działania COATS, firmy globalnej, silnie osadzonej na lokalnych rynkach PRZEMYSŁ MODY-Innowacje rozmawia z Małgorzatą Strzelecką, dyrektorem naczelnym COATS Polska i Małgorzatą Koniarską, dyrektorem handlowym firmy.
PRZEMYSŁ MODY-Innowacje: Pół roku temu, oceniając szeroko rozumianą kondycję branży, podkreślaliśmy konieczność zarządzania nadzieją. Jak dziś zarządza się nadzieją, łatwiej czy trudniej?
MAŁGORZATA STRZELECKA: Myślę, że inaczej. Kryzys wymusił weryfikację polityki finansowej tak w skali makro jak i mikro. Zdemaskował niebezpieczeństwo instrumentów tzw. inżynierii bankowej i pułapek wirtualnych transakcji, przywracając rangę tradycyjnej, rzetelnej kalkulacji. Już prawie rok oswajamy się z następstwami „finansowego tsunami”, więc i w zarządzaniu nadzieją jest dziś mniej emocji i intuicji, a więcej rachunku zysków i strat.
MAŁGORZATA KONIARSKA: Jak wiadomo, nadzieja umiera ostatnia i zawsze jest siłą napędową wszelkich działań. Te firmy, które czas od wrześniowego upadku banku Lehman Brothers wykorzystały na rzetelną analizę i odpowiedź, co zrobić, by się utrzymać i realnie zarobić, jak przeorientować ofertę, na przykład – wykorzystując nisze rynkowe, na pewno dziś mogą mówić o wzroście nadziei. Firma Coats jest firmą kreatywną w technologii, ale konserwatywną w kalkulacji. Dzisiejsza kondycja COATS to efekt rzetelnego rachunku „winien-ma” a nie bankowych sztuczek. Jeżeli mówimy o kryzysie jako narzędziu rynkowej weryfikacji, to warto powiedzieć, że trudny czas jest także sprawdzianem charakterów. Kryzys obnażył niesolidność, niewiarygodność tych firm, których szefowie uznali, że trudności światowej gospodarki to podarunek losu, wymarzone alibi dla własnej niefrasobliwości, nierzetelności, pretekst do niepłacenia długów, niedotrzymywania umów, migania się od zobowiązań. To polityka krótkowzroczna…
PM-I: ...bo kryzys kiedyś minie, a etykietkę nierzetelności, jaką niektórzy przedsiębiorcy przyczepiają sobie na własne życzenie, będzie trudno odczepić. Analitycy faz rozwoju gospodarki często podkreślają, że kryzysy sprzyjają porządkowaniu rzeczywistości. Czy w ramach tych porządków pozbędziemy się dotychczasowych narzędzi marketingowych, zawiesimy na kołku teorię kreowania potrzeb klientów, a działania podporządkujemy nowej strategii – strategii rzetelności?
MS: Trudne pytanie, bo rzetelność może być różnie interpretowana, zgodnie z przekonaniem, że „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Ale na pewno dziś rzetelność jest wyzwaniem dla każdej firmy, tylko realizowanym inaczej – gdy firma występuje w roli partnera handlowego , a inaczej – gdy w roli pracodawcy. Wszyscy musimy codziennie odpowiadać na pytanie, jaką strategię, jakie reguły narzuca twardy rachunek ekonomiczny. Jeśli więc mówimy o strategii rzetelności, to warto podkreślić, że uczciwość wobec klientów nakazuje poszukiwać takich rozwiązań, które w przypadku naszej firmy pozwolą na utrzymanie dotychczasowej wysokiej jakości – tak produktu, jak serwisu – bez zwiększania cen. To oznacza cięcie kosztów, szukanie oszczędności wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. I tak, wierność rzetelności musi zaowocować bolesnymi decyzjami personalnymi, koniecznością lokowania produkcji tam, gdzie jest ona tańsza. Oczywiście, bez szkody dla jakości produktu. W sytuacji, gdy popyt na nici spada, w konsekwencji ograniczania produkcji przez klientów, reagujących na zmiany rynkowe, COATS jako globalna firma przenosi produkcję z Polski do Rumunii, do najnowocześniejszej i najbardziej efektywnej fabryki naszego koncernu. Tego wymaga strategia podporządkowana rzetelnej kalkulacji, której celem jest interes klienta, ale także utrzymanie firmy w dobrej kondycji.
PM-I: Co ta decyzja oznacza dla klientów firmy COATS Polska? Czy wpłynie na czas realizacji zamówień?
MK: Przeprowadzka przewijalni i farbiarni nie ma znaczenia dla jakości produktu, jest natomiast wyzwaniem dla serwisu. Mamy już doświadczenia w tej mierze, bo znaczna część nici oferowana dotychczas polskim klientom powstawała właśnie w Rumunii.
Cała administracja, dział handlowy, magazyn – zostają w Polsce. Naszym wspólnym zadaniem jest obecnie doskonalenie sprawnego, wahadłowego systemu dostaw.
MS: Zawieszenie produkcji w Polsce to znak czasów. W Łodzi produkowaliśmy nici przez 15 lat, w fabryce, inwestycja w którą zwróciła się wielokrotnie. Przy dzisiejszym rozwoju technologii piętnastoletnia fabryka mogłaby już wkrótce nie nadążać za tempem tego rozwoju. Oczywiście, że zawieszenie produkcji jest zawsze decyzją bolesną dla pracodawcy. Ale w takich sytuacjach emocje muszą przegrać z kalkulacją... Musimy nie tylko trwać w trudnych czasach, ale także postawić na badania umożliwiające optymalne dostosowywanie oferty do potrzeb klientów.
PM-I:...i tak dochodzimy do wniosku, że wszystkie działania jakie zbiorczo nazywamy strategią rzetelności to po prostu podążanie za tym, co potocznie nazywamy zdrowym rozsądkiem.
MK: Rozsądek, rozwaga, rzetelność to pojęcia, które co rusz wracają w rozmowach z naszymi klientami. Warunki kryzysu narzucają wszystkim niższy poziom możliwości rozwoju, ale charakterystyczne, że w relatywnie dobrej kondycji są niewielkie firmy, solidnie osadzone na rynku, które nigdy nie szczyciły się fajerwerkami sukcesów na finansowym rynku. Po prostu solidnie pracowały, a finansami gospodarzyły zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Ostatnio właściciel takiej firmy, komentując widowiskowe upadki gigantów uwikłanych w „stopy i opcje”, stwierdził: „nigdy nie robiłem rzeczy, których nie rozumiałem, natomiast zawsze starałem się oferować dobry produkt za rzetelna cenę”. Myślę, że byt wielu firm działających w myśl tej zasady jest i pozostanie niezagrożony. Jednocześnie wszyscy wiemy, że powrót do czasów sprzed kryzysu jest niemożliwy. Wszystko będzie inaczej, ale wiele wskazuje na to, że trudności wzmocnią tych, których działania nie sparaliżuje sytuacja zewnętrzna.
MS: trudności wzmocnią również tych, którzy są gotowi na zmiany, którzy nie trzymają się kurczowo rozwiązań sprawdzonych w czasach koniunktury. Tych, którzy nie obawiają się postawić znaku zapytania przy dotychczasowych ramach i strukturach ich obecności na rynku. Tych, którzy mierząc się z trudnymi sytuacjami, będą mobilni, elastyczni i zgodnie z motywem przewodnim naszej rozmowy – pozostaną rzetelni.
PM-I: A co z innowacyjnością, nowinkami technologicznymi. Czy nie trafią na listę koniecznych oszczędności?
MK: Wręcz przeciwnie, wszystko wskazuje na to, że trafią na listę zysków. COATS od zawsze wyznaje zasadę, że opłaca się inwestować w nowe technologie. Osiągnięcia w tej dziedzinie są widoczne zwłaszcza w produktach specjalistycznych, adresowanych do przemysłu lotniczego, samochodowego, do producentów odzieży noszonej w ekstremalnych warunkach. Natomiast takie przedsięwzięcie jak migracja produkcji też warto wpisać na listę innowacji, w tym przypadku – zarządzania firmą po nowemu. Koncentracja produkcji w najnowocześniejszej w skali światowej fabryce to także ukłon w stronę klientów przemysłu mody. Dla nich wartością jest jakość, jej powtarzalność, czy dostępność nici w mniejszych nawojach. A to gwarantujemy niezmiennie, nieustannie windujemy normy wewnętrzne, niezależnie od koniunktury zewnętrznej.
MS: Warto podkreślić, że istotą naszych przedsięwzięć w czasie zmian jest takie działanie, by klient nie zauważył nawet cienia różnicy w jakości produktu i serwisu. A kiedy dowie się o zmianie miejsca produkcji, by odebrał tę zmianę jak własną korzyść. Na tym przede wszystkim polega realizacja strategii rzetelności koncernu COATS.
PM-I: Dziękujemy za rozmowę, życząc powodzenia w realizacji tej strategii.
Rozmawiała: Hanna Gajos
Mirjam Dietz – My wiemy, jak to robić!
Mirjam Dietz dyrektor wykonawczy d/s mody w IGEDO Company mówi o rynku mody, roli Düsseldorfu i misji targów.
RYNEK MODY: Wróciła Pani do IGEDO w nieporównywalnie trudniejszej sytuacji w branży mody niż pięć lat temu. Czy to dowód na to, że kobiety są lekiem na trudne czasy, gdy szalenie ważna staje się intuicja?
MIRJAM DIETZ To oczywiste, że kobieca intuicja jest silnie związana z emocjami. W obecnych, trudnych czasach intuicja jest zaletą, zwłaszcza wówczas, gdy pracujemy nad produktem związanym z emocjami, także emocjami klienta. Nam właśnie chodzi o kreowanie w handlu związków emocjonalnych! We wszystkich moich rozważaniach kieruję się zawsze potrzebami klienta, bo tylko w ten sposób można realizować nową koncepcję, która musi wzbudzić także zainteresowanie handlu.
RM: Świeże spojrzenie na nowe-stare miejsce pracy zwykle jest impulsem do świeżych pomysłów. Czy w tym przypadku zaowocowało stworzeniem na CPD nowego segmentu właśnie pod nazwą IMPULSE, tak silnie akcentującego znaczenie marek „lokomotyw mody”?
MD: IMPULSE to tylko jeden z istotnych elementów dalszego rozwoju naszych targów. Partnerstwo i praca ręka w rękę z organizatorem z Monachium otwiera nowy wymiar, także dla tego projektu, traktując priorytetowo oferowanie optymalnych ram i biznesowej platformy dla handlu.
RM: Düsseldorf jako miasto mody, prezentował ją na różnych, często konkurencyjnych obszarach: targi, showroomy, Fashion Houses. Czy powołanie do życia Stowarzyszenia Fashion Net Düsseldorf zapowiada zacieśnienie współpracy i większą integrację tych obszarów?
MD: Założenie właśnie w Düsseldorfie Stowarzyszenia Fashion Net Düsseldorf ma na celu integrację wszystkich, ważnych dla mody podmiotów wokół wspólnych interesów. To jest niezmiernie ważne. Jednak nie będzie to tylko ich „zwykłe” powiązanie. Już od lutego 2010 roku kierownictwo Stowarzyszenia podejmie w Düsseldorfie pierwsze działania z udziałem wszystkich aktorów, czyli podmiotów mody w tym mieście. Jedno jest pewne: targi i showroomy nie są bezpośrednimi konkurentami. W takich miastach mody, jak Mediolan czy Paryż, to jest już przeszłość. Jeśli my, jako organizator targów, będziemy oferować tutaj, na miejscu, w Düsseldorfie właściwy produkt, odpowiadający zróżnicowanym interesom prowadzących showroomy, wtedy dobre współistnienie ma szanse. Nie tylko w sferze deklaracji, ale także przy wspólnych i realnych projektach.
RM: Skoro ustaliliśmy, że ta Fashion Net wzmocni wizerunek Düsseldorfu jako miasta mody, to pora na pytanie, jak wpłynie na wizerunek, organizację i strukturę targów organizowanych przez IGEDO?
MD: Stowarzyszenie nie będzie miało bezpośredniego wpływu na działania IGEDO, bo to my, jako organizatorzy targów, najlepiej orientujemy się w przemianach zachodzących na rynku i to my nadajemy ton tym przemianom. Po prostu – my wiemy jak to robić! Nie tylko ustalamy terminy, lecz najlepiej znamy potrzeby i interesy wszystkich najważniejszych graczy na tym rynku. Nasz dialog jest konstruktywny, pracujemy wspólnie nad marketingiem Düsseldorfu jako miasta mody. Jednak każdy z uczestników tego Stowarzyszenia musi sam odrobić swoje „zadanie domowe”.
RM: Ponoć najlepiej uczyć się na błędach i sukcesach innych. Jaki wpływ na myślenie o przyszłości targów w Düsseldorfie ma sukces targów B&B w Berlinie? Jak na tym tle wyglądają efekty współpracy z munichfashion.company i czy ta współpraca będzie kontynuowana?
MD: Tak się składa, że mam doskonałe rozeznanie, co do pozycji B&B w Berlinie. Ta impreza jest świetnym przykładem stworzenia ożywionego segmentu: moda ulicy-dżins-sport. Generalnie, uznając zasługi organizatorów B&B, można stwierdzić, że do sukcesu targów znacząco przyczynił się duch obecnych czasów. Warto jednak wiedzieć, że w samych tylko Niemczech 80% obrotów generuje handel w modzie damskiej i w tym ogromnym segmencie jest bardzo wiele do zrobienia. Natomiast w przypadku targów B&B segment mody damskiej nie przenosi się jednak w skali 1:1 na ich obroty. Targi te pozostają jednak ważnym wyznacznikiem niekonwencjonalnej formy prezentacji na imprezie targowej.
Natomiast, mówiąc o naszej współpracy z muichfashion.company, trzeba podkreślić, że jest bardzo owocna. Od lata 2009 w tym samym sezonie realizowane są dwie imprezy dla topowych marek. Najpierw w Düsseldorfie a potem, w krótkim odstępie w Monachium – jako zakończenie okresu kontraktacji. Taki cykl kontraktacji, w dwu bliskich terminach, został oceniony bardzo pozytywnie. Zajmujemy się tą inicjatywą krok po kroku, aby stworzyć trwałą platformę dla topowych marek mody damskiej.
RM: Ze wszystkich poczynań i planów, mówiących o doskonaleniu formuły CPD wynika, że stawiacie Państwo na jeszcze silniejsze niż dotychczas akcentowanie kreatywności, jakości, indywidualizmu, na modę z wysokiej półki. Czy temu ma służyć zacieśniająca się współpraca z liderami mody włoskiej?
MD: We wszystkich segmentach mody damskiej stawiamy na kreatywność, indywidualizm i najwyższą jakość. Chcemy przybliżyć handlowcom wiele nowych, interesujących marek. Handel nieustannie poszukuje nowych kolekcji dla rozszerzenia asortymentu i odróżnienia się od konkurencji, przede wszystkim od oferty handlu sieciowego. Obecnie kluczowym pojęciem dla handlu jest indywidualizm i w tym kierunku będzie się on pozycjonował.
Natomiast celem współpracy z Ente Moda Italia jest wzmocnienie u nas obecności włoskich producentów i dizajnerów, przede wszystkim z wyższej półki. W nadchodzących sezonach jesteśmy w stanie zaoferować właściwe forum dla akcentowania atrakcyjności tej oferty.
RM: Czy, podsumowując naszą rozmowę, mogłaby Pani wypunktować inicjatywy, które w najbliższych sezonach ułatwią kontakty i wystawcom, i odwiedzającym targi CPD?
MD: Dla odwiedzających najważniejsza jest treść i prezentacja oferty. Przygotowujemy wiele projektów. Rozbudowujemy Gallery, włączając do tego segmentu międzynarodowe, awangardowe kolekcje. Wzmacniamy także segment akcesoriów Decorate. Wprowadzamy atrakcyjne nowości: segment Evening-Cocktail w towarzystwie „kolekcji na dzień i wieczór” – Day and Evening oraz Luxury Women’s Wear. We współpracy z holenderskim czasopismem Big is Beautiful inscenizujemy różnorodną prezentację kolekcji dużych rozmiarów. Natomiast segment mody ciążowej aranżujemy tak, aby ten asortyment także spełniał wyzwania trendów.
Zajmujemy się dogłębnie wszystkimi segmentami mody w stałym porozumieniu z handlem. To umożliwia stworzenie interesującej, emocjonalnej platformy dla handlu, oferującej także pokazy trendów i informacje branżowe. Zapewniamy handlowi wiedzę niezbędną dla podejmowania decyzji kontraktacyjnych z sezonu na sezon. Warto odwiedzać targi CPD, bo…ciąg dalszy interesujących wydarzeń nastąpi!
RM: Serdecznie dziękujemy za rozmowę, życząc, aby zawsze, z równą pasją mogła Pani powiedzieć: my wiemy jak to robić!
Rozmawiała: Alicja Gajos
Franciszek Pazyniak – Kolekcja jest spektaklem
Franciszek Pazyniak prezes zarządu spółki No Name właściciela Cotton Club, mówi o szansach i teatrze mody
RYNEK MODY: Kiedy, Pana zdaniem, następuje taki moment, że sympatyk mody zmienia się w „człowieka branży ” i czy już Pan nim jest?
FRANCISZEK PAZYNIAK: Odpowiedź nie jest prosta, bo modą, z którą mamy nieustannie do czynienia, interesuję się od zawsze. Przecież każdy z nas, bardziej lub mniej świadomie ma do czynienia z modą, wystarczy, że kupuje cokolwiek. Nawet ci, którzy się od niej odżegnują, są zależni od tej negacji, a więc – zależni od mody. Jednak czym innym są prywatne upodobania, a czym innym zarządzanie firmą, której istotą jest moda. Przedtem moda była dla mnie ubarwieniem życia, dziedziną sztuki, a od czterech lat jest przede wszystkim biznesem. I chyba dopiero wtedy, gdy człowiek staje się odpowiedzialny za ten biznes, poznaje jego reguły, blaski i cienie, staje się człowiekiem branży. Więc jestem i człowiekiem branży, i sympatykiem mody, ciesząc się, że uczestniczę w tym, jak się zmienia.
RM: To więcej niż sympatia, to wyznanie pasjonata.
FP: A jest w naszej branży miejsce dla tych, którzy nie są pasjonatami? Chyba jesteśmy w tym samym klubie?
RM: Chyba tak, bo trzeba być pasjonatem i w dodatku optymistą, by wierzyć, że suma ładnych wizerunków tworzy urodę świata. Data objęcia przez Pana funkcji prezesa firmy, 13 grudnia 2005, to dowód braku przesądów czy optymizmu?
FP: Dowód wiary w to, że 13 przynosi mi szczęście.
RM: Zauważyłam, że wszyscy, którzy, nie ulegając obiegowym opiniom o pechu i szczęściu, uważają, że 13 im sprzyja, są niepoprawnymi optymistami.
FP: Jestem optymistą, a tamta grudniowa trzynastka okazała się szczęśliwa. Nigdy nie żałowałem decyzji o wejściu w biznes mody.
RM: Firma, którą Pan kieruje, NO NAME, dziś właścicielka marki COTTON CLUB, ma 20 lat, tyle ile minęło od obalania muru berlińskiego. Gdy uroczyście świętowano tę rocznicę, pojawiły się komentarze, że symbolem zmian i największym pomnikiem ówczesnego entuzjazmu są firmy, które wówczas powstały. Czuje się Pan strażnikiem pomnika?
FP: Może nie strażnikiem pomnika, ale na pewno spadkobiercą tamtego entuzjazmu i tamtej nadziei. Listopadowe obchody przypomniały, że byliśmy uczestnikami i świadkami historycznego przełomu. I nie mówię tu o wielkiej polityce czy o gospodarce, ale o odwadze i postawach pojedynczych ludzi, którzy odważyli się realizować marzenia. Choć może zabrzmi to zabawnie, ale fakt, że firma, którą kieruję, powstała w tak przełomowym roku, nie jest bez znaczenia, gdy pojawiają się trudności, ale także wówczas, gdy tworzymy plany rozwoju. Myślę, że dla wielu moich rówieśników rok 1989 jest jak zobowiązanie.
RM: Może trwanie i ambicje rozwoju firm dwudziestolatek to następstwo podjętego wtedy wyzwania. Na jednym z niedawnych jubileuszy, a sypnęło nimi w tym roku, usłyszałam, że siłą tych firm są właściciele, którzy najpierw byli marzycielami a dopiero potem uczyli się liczyć. A jak u pana z buchalterią?
FP: Chyba nie najgorzej, wziąwszy pod uwagę kondycję firmy NO NAME i marki COTTON CLUB. Co sezon powstają kolekcje składające się z kilkuset wzorów, zaprojektowane przez grupę znakomitych projektantów, opracowywane w naszej krakowskiej, świetnie zorganizowanej i wyposażonej wzorcowni, szyte w polskich szwalniach, co gwarantuje wysoką jakość. To funkcjonuje i świadczy o tym, że liczyć też umiemy. Nie lekceważyłbym jednak roli marzeń w naszym biznesie, bo to jest branża – a już ustaliliśmy, że jestem człowiekiem branży – pasjonatów i marzycieli. Jest wiele dziedzin, gdzie pieniądze są większe i pewniejsze a zachodu mniej, ale to w modzie jest najciekawiej i najładniej. Mówię to nie tylko z okazji jubileuszu.
RM: Pierwsze zdanie na stronie www.cottonclub.pl brzmi: „tworzymy kolekcje o atrakcyjnym profilu wzorniczym”. To trochę ogólnikowo?
FP: Ale celowo właśnie tak, bo jest to jedynie informacja o możliwościach firmy i filozofii firmy. Natomiast prezentacja kolekcji ilustruje „profil wzorniczy” i bez słów odpowiada na pytanie, jaką kobietą jest klientka marki COTTON CLUB.
RM: No właśnie, jaką?
FP Jest przede wszystkim młoda, przez co rozumiemy nie tyle wiek potwierdzony metryką, ile stan ducha, otwartość na modę. Nasza klientka odważnie bawi się modą, nie unikając ekstrawagancji. Sposób stylizacji, jaki jej proponujemy, jest rodzajem spektaklu, który może mieć niezliczoną liczbę odsłon.
RM: Ale chyba zawsze ma trzy reżyserki: etykietę, elegancję i erotykę. Z różnych trendów sezonu COTTON CLUB wybiera te, które gwarantują kobiecie widoczność, iskrzenie erotyzmem. To nie są stroje dla grzecznych sekretarek.
FP: Ale przecież kobiety nie chcą wyglądać jak grzeczne sekretarki, ani przypominać swoich kolegów, a gdy szukają strojów sportowych idą do specjalistycznych sklepów. Wiemy o tym, bo współpracując z showroomem Vertigo, natychmiast otrzymujemy informację o tym, co cieszy się zainteresowaniem prasy kobiecej – lustra gustów i potrzeb kobiet. Wbrew temu, co sądzą autorzy haseł o stylu kobiety pracującej, kobieta nie chce wyglądać jak „pracująca”, ale jak „atrakcyjna”, pewna swoich przewag. To nie przypadek, że słowa „uwodzić” i „ubierać” zaczynają się na tę samą literę.
RM: Przygotowanie co sezon 400 wzorów, które uwiodą atrakcyjnością, to nie lada wyzwanie.
FP: Ogromne. Ale radzimy sobie, bo mózg firmy, czyli nasza wzorcownia w Krakowie funkcjonuje zgodnie z nazwą – wzorcowo. To zespół, który porozumiewa się bez słów i nie używa zdania – zmory wielu wzorcowni – tego się nie da zrobić. Tu też pracują pasjonaci zawodu. Konstruktorzy czekają na wyzwania, których nie szczędzą im projektanci. A bez przechwałki mogę powiedzieć, że jeden z naszych projektantów, który ma za sobą pracę u Prady, docenia naszą organizację pracy.
RM: W wielu firmach głównym kreatorem stały się koszty, walka o ich obniżenie. Gdy firmy lokują produkcję na Dalekim Wschodzie, w północnej Afryce, COTTON CLUB szczyci się wzorcownią w Krakowie i produkcją w Polsce. Nie kuszą Pana dalekie kraje?
FP: Tym, co mnie kusi, jest przede wszystkim jakość, dlatego cała produkcja odbywa się w Polsce, w znakomicie wyposażonych szwalniach. Na Dalekim Wschodzie można szyć dżinsy i tiszerty, ale kolekcjom nastawionym na oryginalność i jakość, a to jest nasza specjalność, dalekie podróże wyraźnie nie służą. Jestem przekonany, że już za chwilę powstanie snobizm na „wykonane w Polsce”, czyli wykonane perfekcyjnie, ale także na „zaprojektowane w Polsce”, bo projektantów mamy utalentowanych i wykształconych. Uderzę w patriotyczny ton, ale wyobraźnia, kreatywność, zdolność do improwizacji są uznawane za nasze narodowe atuty. Jeśli dołożymy do tego organizację i elastyczne, mobilne formy współpracy z handlem naprawdę można pozostać optymistą.
RM: No właśnie, nie jest sztuką wyprodukować, sztuką jest sprzedać. Jak wygląda współpraca z handlem?
FP: Mamy sieć sklepów własnych, które nie narzekają na frekwencję, bo marka COTTON CLUB jest magnesem dla klientek. Jednak, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom tych, które nie mają czasu na szukanie butów, torebek, pasków itp. chcemy w naszych firmowych sklepach oferować także inne marki. Już w oferujemy buty i torby hiszpańskiej marki MENBUR, które stylem – satyna, koronki, kamienie – idealnie pasują do charakteru naszych kolekcji i stały się częścią „naszego spektaklu”. Jesteśmy przygotowani do podjęcia różnych form współpracy z producentami i handlem – zarówno z franczyzobiorcami jak i sklepami multibrandowymi, jeśli spełnią nasze oczekiwania dotyczące zarówno poziomu oferty, jak sposobu prezentacji. Zależy nam na takich formach współpracy, które gwarantują nie tylko umocnienie marki COTTON CLUB, ale także wzmocnią potencjał i rangę polskiej mody, dlatego deklaruję otwartość na różne formy współpracy i z innymi markami, i z handlem.
RM: Podobno każde marzenie szefa jest związane z przyszłością firmy. Jakie jest Pana marzenie, dotyczące pozycji marki COTTON CLUB, powiedzmy, za pięć lat?
FP: Przede wszystkim rozpoznawalność COTTON CLUB, nie tylko w Polsce, ale także krajach ościennych, jako marki tych kobiet, dla których moda jest niekończącym się spektaklem. Atrakcyjną, zaskakującą, ubarwiającą codzienność przygodą.
RM: Dziękuję za rozmowę, życząc i Panu i zespołowi spełnienia marzeń.
Rozmawiała: Hanna Gajos
Elżbieta Lityńska – Między naturą a obyczajem
Elżbieta Lityńska
dyrektor marketingu
Triumph International (Polska) Sp. z o.o. mówi
o modzie, obyczajach i wymiarach kobiecości
RYNEK MODY: Ostatnie dekady są często nazywane przez komentatorów mody czasem bielizny. Z kolei kronikarze obyczaju podkreślają, że nowe granice między intymnością a ostentacją w traktowaniu bielizny wyznaczyły trasy koncertowe Madonny, która nie tylko gorset, ale także podwiązki, stanik, majtki podniosła do rangi scenicznego kostiumu. Czy podziela Pani ich opinie?
ELŻBIETA LITYŃSKA: Oczywiście, z tą uwagą, że wizerunek gwiazdy w światłach sceny jedynie wyostrzył obraz zmian obyczajowych, decydujących o roli bielizny w garderobie, więcej – w życiu, każdej kobiety. Także na produkty firmy TRIUMPH, która od 123 lat oferuje kobietom, a także mężczyznom ubranie najbliższe ciału, można spojrzeć jak na kronikę rewolucji obyczajowej, której efektem jest wyzwolenie kobiet. Nie jest przecież przypadkiem, że jednym z symboli emancypacji kobiet stało się rozstanie z gorsetem.
RM: Zabawne, ale można zaryzykować tezę, że kolejne etapy luzowania rygorów obyczajowych przebiegały z udziałem asortymentu firmy TRIUMPH. Odrzucenie gorsetu, eksplozja bikini, palenie biustonoszy przez feministki, zatarcie różnicy między halką a sukienką, inwazja bluzek-staników to ciąg wydarzeń ułatwiających czy utrudniających życie specjaliście do spraw marketingu?
EL: I jedno, i drugie. Są ułatwieniem w wyborze drogi, bo akcentują konieczność nieustannego poszukiwania zależności między naturą a obyczajem. Zrozumienie tych związków sprzyja zdefiniowaniu potrzeb kobiet, bo to kobiety, ich oczekiwania i marzenia decydują o zawartości i sposobie promowania naszych kolekcji. Współczesna kobieta to klientka wymagająca, otwarta na zmiany, ceniąca urodę, ale także wygodę wszystkiego, co ją otacza. Kupuje bieliznę częściej niż jej rówieśnica sprzed ćwierćwiecza i robi to nie z konieczności, ale coraz częściej dla przyjemności. „Drobiazg” z finezyjnej koronki, z modnymi efektami błysk-mat, ozdobiony kryształami jest niezawodnym poprawiaczem nastroju, prezentem, jakim kobieta chętnie obdarowuje samą siebie. Traktowanie bielizny jak biżuteryjnego, modnego drobiazgu to także ułatwienie dla mężczyzn, mających kłopot z wyborem prezentu przed gwiazdką czy walentynkami. Panowie w lot zrozumieli ideę naszych okolicznościowych, upominkowych kolekcji, już wiedzą, że piękna bielizna to atrakcyjny prezent dla dwojga.
RM: Wyjście bielizny z cienia buduaru w światła sceny przydało jej urody i iskrzenia erotycznego. Na czym więc polegają współczesne utrudnienia w jej promowaniu?
EL: Na rynkowy sukces pracujemy ciężej niż kilkanaście lat temu. Czas, gdy bielizna była produktem standardowym, wsparciem dla natury, pomocą w uzyskaniu oczekiwanej formy ciała to przeszłość. Współczesna bielizna to część – a często wręcz podstawa – modnego stroju. Jest pochodną nie tylko sezonowych trendów, ale także okoliczności i stylu życia naszych klientów. To zobowiązuje do wyczulenia, do empatii wobec kobiet, które przecież mają nie tylko odmienne gusty, lokalne upodobania, ale także różne sylwetki. W ostatnich latach rośnie np. popyt na biustonosze o większych miseczkach. Przy czym nie chodzi tu wyłącznie o oczekiwania kobiet „konsekwentnie krągłych”.
Dla tych pań firma TRIUMPH stworzyła kolekcję Modern Shape z biustonoszami koronkowymi, zmysłowymi, perfekcyjnie modelującymi dekolt. Zauważamy, jak z roku na rok rośnie liczba młodych kobiet poszukujących biustonoszy o małych obwodach pod biustem, ale o miseczkach E, F i większych. Na naszych oczach kobiecość zyskuje nowy wymiar w sferze obyczaju, ale także natury. Nowe proporcje ciała to efekt stylu życia – dbałości o sylwetkę, uprawiania sportu, odżywiania itd.
RM: Nowe proporcje sylwetki to także wyzwanie dla producentów konfekcji. Coraz więcej kobiet odwiesza żakiety i bluzki z komentarzem – za ciasne w biuście, albo – za szerokie w talii. Konstrukcje krawieckie i standardowe rozmiary nie nadążają za coraz hojniejszą naturą…
EL:..a konstrukcje firmy TRIUMPH nadążają i to bez szkody dla lekkości, wdzięku i elegancji. To oczywiste, że krój biustonoszy w dużych rozmiarach jest bardziej skomplikowany a fasony wymagają mocnych, sprężystych dzianin, koronek, ramiączek stabilizujących, bocznych fiszbin. Ale dzięki innowacyjnej technologii, potwierdzonej patentami, nasze biustonosze, także te w dużych rozmiarach, perfekcyjnie, skutecznie i – co szalenie ważne – komfortowo, niezauważalnie dla właścicielki modelują sylwetkę. To istotne, bo idealny biustonosz, podobnie jak idealne buty, to ten, o którym nie pamiętamy. Dziś nikt nie chce cierpieć dla mody, zresztą, po co?
RM: Coraz więcej sieci odzieżowych adresujących ofertę do młodych kobiet proponuje efektowną bieliznę razem z ubraniami. Czy marka TRIUMPH nie obawia się tej nowej konkurencji?
EL: Wręcz przeciwnie. To w pewnym sensie nasi sprzymierzeńcy. Edukując młode kobiety w dziedzinie mody, podkreślając związki spodu ubrania z jego wierzchem, akcentując spójność kolorów, marki odzieżowe proponujące także bieliznę wychowują grono naszych klientek. Jest niemal pewne, że z czasem, wyrastając z oferty młodzieżowych sieci, szukając bielizny „efektownej i efektywnej” sięgną po bieliznę marki TRIUMPH. I nie zawiodą się, ponieważ proponujemy bardzo dużo. Dla młodych konsumentek oferujemy asortyment z kolekcji Miss Triumph zarówno w bieliźnie dziennej, nocnej jaki i strojach kąpielowych. Panie znajdą tu kwintesencję najnowszych trendów stylistycznych i kolorystycznych. Marka TRIUMPH oferuje nie tylko gorseciarstwo dekoracyjne we wszystkich rozmiarach, ale także bieliznę sportową, ciążową i jak wspomniałam, nocną, stroje kąpielowe i domowe. Mamy produkty dla pań, panów, a dla dziewczynek bieliznę nocną. I te ostatnie, gdy dorosną przekonają się, że markowa bielizna jest obecnie liderem branży tekstylnej w stosowaniu innowacyjnych technologii, poczynając od składu dzianin i nici, a kończąc na rodzajach szwów.
RM: Czy klientka sklepu z bielizną wie o tym? Przecież często sprzedawcy nie potrafią przekonać klienta, że za jakość i komfort, gwarantowane nowoczesnymi technologiami, warto zapłacić więcej?
EL: Sprzedawców szkolimy regularnie przekazując im wiedzę z dziedziny technologii produktu, materiałoznawstwa, trendów, technik sprzedaży. Wiemy jednak, że korzystnej transakcji sprzyja wiedza obu stron, dlatego wielką wagę przywiązujemy także do edukacji konsumentek. Z moich wieloletnich doświadczeń wynika, że większość kobiet ma źle dobraną bieliznę. Przywiązują się do rozmiaru pierwszych biustonoszy i nie weryfikują go mimo upływu lat i naturalnych zmian sylwetki. Akcja prawidłowego mierzenia i dobierania biustonoszy, przeprowadzona przez nas w październiku, w wielu miastach Polski, pokazała jak niewiele kobiety wiedzą o sobie i o możliwościach nowoczesnej bielizny. Mamy nadzieję, że takie akcje uświadomią paniom, że to, co noszą pod spodem, na przykład pod tak modną, dzianinową sukienką decyduje o jej atrakcyjności. Właściwie dobrana bielizna automatycznie powoduje inny sposób poruszania się, inne gesty…
RM: …i zmienia kobietę zabieganą w triumfującą, co obiecuje także niezmieniana od 123 lat nazwa marki…
EL: …ale w formie unowocześnionej, symbolizującej aspiracje współczesnej kobiety.
RM: Dziękuję za rozmowę, życząc powodzenia w osiąganiu pięknych kompromisów między naturą i obyczajem.
Rozmawiała: Hanna Gajos





